Wyznanie Pauliny.

motywacja

Dziś miało być zupełnie inaczej. Zamierzałam kontynuować odtwarzanie swojej krzywej drogi ze skoliozą, lecz to, co zastałam rano na facebook’u, dosłownie mnie zszokowało.

Jest to post Pauliny, którą poznałam lata temu dzięki swojemu poprzedniemu blogowi.

Jest to najwspanialsze, co mogło mnie spotkać, zwłaszcza tak krótko od założenia bloga. Zwyczajnie się popłakałam ze wzruszenia.
Nic jednak, co teraz napiszę tytułem wstępu, nie odda wrażenia, jakie wywarły na mnie słowa Pauliny. Przekonajcie się sami.

***

Drodzy Państwo, to będzie bardzo istotny post.

Wydarzyła się rzecz, która dla mnie osobiście jest niezwykle ważna. Kiedy kilka lat temu przez przypadek na Instagramie odkryłam, że są ośrodki, gdzie leczy się skoliozę gorsetem i ćwiczeniami i odnosi sukcesy, to zrobiło mi się cholernie przykro. Bo może gdyby mi 10, 15 lat temu jakiś lekarz powiedział, że można, że da się, że trzeba walczyć, to może teraz nie miałabym prętów w kręgosłupie…
Bo w moim życiu odniosłam wrażenie, że dla lekarzy operacja (nie tylko skoliozy) jest lekiem na całe zło. I jeśli tylko mogą, to chcą sobie coś pokroić. Więc jeśli tylko skolioza jest na tyle duża, że kwalifikuje się do zabiegu – bach, na stół. I nie było mowy o tym, żeby próbować inaczej. Było tylko “no można to zostawić tak jak jest, ale prawdopodobnie będzie ból, będą problemy, będzie się pogarszać… Raczej będzie tylko gorzej bez operacji”. Żadnej alternatywy, operacja jako jedyna słuszna opcja.

Z perspektywy czasu bardzo chcę wierzyć, że da się bez operacji, że można i trzeba walczyć. Wierzę, że trzeba szukać źródła problemu i tam próbować naprawiać (jak w wielu innych aspektach życia), a nie bezmyślnie i ślepo kroić co popadnie (niby “likwidując” skutki, a w istocie zastępując jedne uciążliwości innymi). Wiem jak to jest usłyszeć “wyrok”, jak to jest się na operację decydować jeśli nie jest koniecznością, jak to jest ją przechodzić i żyć po niej.

Bo mi się nie udało ze skoliozą wygrać.

Dlatego przecholernie mi zależy na tym, żeby innym się udało. Żeby próbowali, żeby wiedzieli, że można i żeby nie musieli przechodzić tego co ja.

WTEM wspaniała kobieta, której dawnego, osobistego bloga (o zmaganiach ze skoliozą i nie tylko) uwielbiałam, bo ma świetny styl pisania, zaczyna bloga, który jest dokładnie o tym, co mi się marzyło od wielu lat. Który pokazuje, że można wygrać, że trzeba walczyć.

To jest dla mnie tak ogromnie ważne i tak bardzo mnie cieszy, że nie potrafię tego ubrać w słowa; bo spora część mojego życia kręciła się wokół walki ze skoliozą. Dlatego rozumiem i wspieram ten temat całą sobą; zarówno tą małą Paulinką z przeszłości robiącą skłony, męczące ćwiczenia na stole, znienawidzone rehabilitacje w szpitalu, paradującą półnago przed aparatem RTG, spędzającą godziny w kolejkach na to RTG lub do ortopedy; tą większą próbującą ukryć obcierający ją gorset i garba przed koleżankami z klasy; wreszcie tą bezbrzeżnie przerażoną Pauliną tuż przed położeniem na stół operacyjny, która płakała i modliła się wszystkimi zapamiętanymi modlitwami po kolei, żeby się z tej operacji obudzić i nie być sparaliżowaną.

Chciałabym, żeby ten blog dotarł do jak największej grupy osób. Dlatego jeśli znasz kogoś ze skoliozą, albo po prostu chcesz zrobić dla mnie coś miłego, podziel się tym linkiem z kimś, niech dobra energia się rozprzestrzenia, proszę..:)

***

Teraz tym bardziej wiem, że muszę dotrzeć do jak największej grupy ludzi. By przerwać ten koszmarny krąg czekania na łaskę i niełaskę skoliozy.
Bo powszechnym “leczeniem” jest obserwacja, czy skolioza będzie postępować. Często jest to czekanie na operację.

Nie daj sobie tego wmówić. Nie czekaj na decyzję skoliozy, czy się zatrzymać, czy zruinować Ci życie.

Nie czekaj.
Działaj.

Dodaj komentarz