Świadectwo Kasi.

gorset inspirujące przypadki motywacja

Zgaduję, że wielu z Was, czytając moją historię ze skoliozą, wzdycha ze zniecierpliwieniem i swego rodzaju irytacją. Bo miałam to szczęście (ośmielę się tak to ująć), że trafiłam na kompetentnego rehabilitanta, który nie tylko zażegnał groźbę operacji, ale też osiągnął coś niemal niesamowitego – wyprostował mój kręgosłup o niemal połowę. Podczas gdy przeciętna rzeczywistość leczenia skoliozy przypomina lot ćmy – od jednego źródła światła, nadziei, do kolejnego, a każde okazuje się parzyć.

No i jeszcze jestem osobą zaborczo rygorystyczną, samozdyscyplinowaną oraz zaciekłą.
Nie każdy może ze mną na tym polu konkurować.

Zrozumiałe więc, że czytając moje obsesyjne, ale nagradzane sukcesem zmagania ze skoliozą, można odczuć rozdrażnienie. Że to nieosiągalne, nierealne, przypadek jeden na milion czy ileś tam.

Dlatego mam dziś dla Was kogoś specjalnego. Kasię, która przez pewien czas trwała w swego rodzaju śnie, jakim było pojawienie się skoliozy.
I długo nie budziła się do rzeczywistości, gdzie ta skolioza postępowała.

W końcu jednak się ocknęła. Co się wtedy stało? Przekonajcie się sami.

***

Pewnego dnia moja mama zauważyła, że moja prawa łopatka wystaje. Była bardzo zaniepokojona.
Trochę się przestraszyłam, ale szybko zapomniałam o zaistniałej sytuacji. Byłam wtedy mała, miałam osiem, może dziewięć lat.

Jesienią mama zabrała mnie do ortopedy. Na wizytę czekałyśmy bardzo długo. Mężczyzna podejrzewał skrócenie jednej z moich kończyn. Zalecił wykonanie zdjęcia RTG, którego i tak nie zrobiłyśmy. Wielka szkoda, myślę sobie dzisiaj, bo być może miałabym prosty kręgosłup.

Następnie trafiłam do kolejnego “specjalisty”. Niewiele pamiętam z tamtej wizyty. Wiem tylko tyle, że miałam wtedy osłabione napięcie mięśni. Pamiętam badanie podoskopowe, kilka ćwiczeń na lewą stopę, których nigdy nie wykonywałam. Magister zalecił basen.
Niestety, nie pływałam.
Nic nowego się nie dowiedziałyśmy, dalej nic nie robiłam, a papierek z ośrodka zaginął w akcji.

Zwyczajnie nie zdawałam sobie sprawy ze skali problemu

Miesiące mijały, a ja rosłam w zastraszającym tempie. Patrząc na zdjęcia z tamtego okresu można ujrzeć roześmianą dziewczynkę z uniesionym barkiem, w różowych sandałkach bez korygującej wkładki.

Pod koniec sierpnia udałyśmy się do trzeciego już specjalisty. Był to starszy pan, niemalże na emeryturze. Przez godzinę wykonywał rozmaite pomiary, bardzo dokładnie i powoli. Jak to dziecko, nie pamiętam dokładnie słów doktora, ale podejrzewam, że już wtedy dotknęła mnie skolioza.
Zalecił wkładkę o grubości 1 cm. Wypisał też skierowanie na gimnastykę korekcyjną.
Na korekcyjnej pani “rehabilitanka” zauważyła koślawienie przeze mnie prawego buta, prawdopodobnie przez asymetrię miednicy. Znowu pojawił się temat pływania. Pokazała setkę ćwiczeń z kartki tym samym zniechęcając mnie do pracy. Pani stwierdziła również, że wystarczy wkładka 0,5 cm. Niestety…

Mijał czas, a ja, nic nie robiąc, rosłam. Pojawiła się pierwsza miesiączka. Od tamtej pory nie rosłam już tak szybko. Zaczęłam zauważać krzywość moich nóg. Były szpotawe – między łydkami miałam jedną wielką szparę.
Krótkie spódniczki ubierałam ze wstydem.

W wakacje udałyśmy się do lekarza. W ciągu roku urosłam 9 cm. Pojawił się garb żebrowy.
Według doktora skrzywienie wynosiło wtedy 8 stopni. Nie powiedział nam tego, a może gdyby to zrobił, to zaczęłabym ćwiczyć.
Ponownie skierował nas na korekcyjną. Nie poszłam, bo nie chciałam. Taka byłam uparta.

Skoro nie chciałam ćwiczyć mama zapisała mnie na basen. Najpierw indywidualnie, potem w grupie. Instruktorka ciągle kazała pływać 20 basenów kraulem na jedną stronę, ciągle tę samą. Pływałam coraz lepiej.
Łudzę się, że być może dlatego miałam takie szczęście w nieszczęściu.

Ja, zupełnie nieświadoma problemu, całą skoliozę wypierałam. Nawet nie wiedziałam, co znaczy to słowo. Przecież tyle pływałam…

W wakacje poszłyśmy do kolejnego ortopedy. Na pytanie o moje krzywe nogi powiedział, że nie wszyscy ludzie muszą wyglądać jak lalka Barbie. Podejrzewał, że kręgosłup może być skręcony i zalecił wkładkę 1 cm, która nosiłam. Nie pamiętam, co dokładnie mówił. Kazał zrobić RTG.
Tuż przed rozpoczęciem roku szkolnego wykonaliśmy zdjęcie. Stanęłam tak jak mi kazano. Nogi proste, ręce do boku. Odebrałyśmy z mamą opis: “skolioza lewostronna”.
Wchodzimy do gabinetu. Mama wyciąga kliszę ze zdjęciem. Doktor pospiesznie ogląda je pod światłem. Trwało to zaledwie kilka sekund, jednak błyskawicznie zapamiętałam ten obraz. Kręgosłup był strasznie krzywy. Było bardzo źle. Byłam poskręcana i wystąpiły już zmiany w kręgach.
Kazał natychmiast pojechać na trzy tygodnie do szpitala rehabilitacyjnego. Musiałam natychmiast zacząć ćwiczyć. Zrobiło mi się słabo.
Wyszłyśmy. Mama nalegała na wyjazd. Było dla mnie nierealne, zostawić wszystko i wyjechać.
W domu zadzwoniła do mojego brata zrozpaczona, że skończy się to operacją. Wklepałam w Google hasło “skolioza”. Stwierdziłam, że nie jest źle, skoro nie mam żadnych stopni. Wstyd przyznać, że wtedy tak myślałam. Inne zdjęcia wyglądały dużo gorzej niż moje. Zostałam umówiona do szpitala na ferie, ale ostatecznie nie pojechałam.

Dalej pływałam, z tym że zmieniłam instruktora. Pływanie było intensywne i symetryczne. Niestety, później zachorowałam na alergię i nie pływałam przez calutkie dwa miesiące.
W ferie pojechałam do kolejnego lekarza, tym razem lekarza rehabilitacji. Przed wizytą cała się trzęsłam.
Już na wstępie pani doktor stwierdziła, iż jest to bardzo brzydka skolioza. Kazała mi wykonać skłon w przód i zmierzyła mnie, rozpaczliwie próbującą dotknąć podłogi skoliometrem. Rotacja wynosiła 8 stopni. Odetchnęłam z ulgą, bowiem wiedziałam, że gorset jest od 25 stopni.
Jednak nie był to jeszcze koniec wrażeń. Usłyszałam:

“Obliczyłam kąt skoliozy. Jest 18 stopni. Musicie zrobić drugie zdjęcie. Jeśli okaże się, że przez pół roku zrobiło się np. 19 namawiałabym na gorset dynamiczny. Jest super, wcale go nie widać…”.

Przyznaję, przestałam słuchać. Poczułam, jak wali mi się świat. Łzy zaczęły płynąć mi po policzkach. Dzisiaj myślę, że jakoś bym z tym sobie poradziła.
Dziś przeczytałam, iż owy gorset to podejrzany biznes i nie pomaga, więc bardzo dziękuję moim rodzicom za nie wpakowanie mnie w ten gorset.

Zostałam skierowana na instruktaż ćwiczeń PNF. Pojechałam po raz pierwszy. Rehabilitantka rozluźniła mięśnie i odblokowała staw krzyżowo-biodrowy. Pokazała kilka ćwiczeń, które miałam wykonywać w domu. Na pytanie, czy uda się zatrzymać skoliozę, powiedziała, że nie ma szklanej kuli.
W salce do ćwiczeń leżały zdjęcia innych dzieci. Moje było najgorsze, za co było mi strasznie wstyd. Nie wiem, dlaczego – może za własną głupotę.

Pojechałam po raz drugi, a za ostatnim trzecim razem zrobiono mi zdjęcie. Kazano stanąć mi zupełnie inaczej niż poprzednio. Wstrzymałam oddech, po czym pani technik wychodzi i mówi do mojej mamy:

“Muszę zrobić jej drugie zdjęcie, bo nie wiem, czy ona ma taki krzywy ten kręgosłup, czy źle stoi”.

Poprawiła mnie i pstryknęła drugą fotkę. Serce po raz kolejny stanęło mi w gardle. Mało by brakowało, a zły sen by się spełnił.

Na początku kwietnia pojechałyśmy z tym zdjęciem do pani doktor. Przed wizytą mama rozmawiała ze swoją znajomą, której syn wyprostował kręgosłup z 21 stopni bez gorsetu.
Nie wiedziałam, ile wysiłku trzeba w to włożyć. W porę się opamiętałam i zaczęłam ćwiczyć. W poczekalni omal nie zemdlałam z przerażenia. Wchodzimy. Jako urodzona pesymistka przygotowuję się na najgorsze, ale nie!

“Słuchajcie, mam dobre wiadomości!”.
Znowu zaczęłam płakać, tym razem ze wzruszenia.

Pierwsze zdjęcie było źle zrobione. Tak naprawdę miałam tylko 10-11 stopni!

Byłam wtedy chyba najszczęśliwszym dzieckiem na świecie. “To jest jeszcze do uratowania!”, “Gorsety idą w odstawkę”.
Poleciła nam też ośrodek rehabilitacyjny. Na żaden turnus oczywiście nie chciałam pojechać, jednak ostatecznie się zdecydowałam. Na szczęście.

Jakiś miesiąc później znowu pojechałam na rehabilitację. Pani rehabilitantka powiedziała, iż widać gołym okiem, że rotacja się zmniejszyła. Ćwiczyłam dalej sama w domu, jednak trochę połowicznie. Nie wierzyłam w siebie, ani w te ćwiczenia. Później uwierzyłam.

W wakacje pojechałam na tygodniowy turnus do ośrodka. Czekała tam na mnie kinezyterapia. Było tam bardzo dużo osób niepełnosprawnych. Zrozumiałam, jakie miałam szczęście, że to tylko skolioza i na dodatek tak mała.
Pierwszy dzień był bardzo bolesny. Fizjoterapeuta kazał położyć mi się na kozetce, gdzie zaczął nastawiać mi kręgosłup. Strzelało mi dosłownie wszystko, każdy krąg. Czułam jak czyjeś magiczne ręce prostują moje ciało. Terapeuta był bardzo miły i kontaktowny. Ćwiczenia były bardzo wyczerpujące. Podejrzewam, że była to koncepcja FITS. Sama się zdziwiłam, że mi się to spodobało.
Na drugi dzień było jeszcze więcej tego strzelania i nastawiania. Ból mięśni nie odpuszczał, ale tym razem nie zamierzałam się poddać. Nie teraz.
Kolejnym dniem była niedziela bez ćwiczeń. Szłam sobie przed mamą, a ta powiedziała, że chodzę zupełnie inaczej, prosto. Prawa noga już nie leciała w bok tak jak kiedyś. Stanęłam, złączyłam stopy.

Rzeczywiście były prostsze.

Następnego dnia się zmierzyłam. Urosłam aż 2 centymetry! Radości nie było końca, ponieważ należę do niskich osób i każdy centymetr jest dla mnie bardzo ważny.

Okazało się, że miałam asymetrię miednicy. Od tego czasu mam równe biodra, gdy się położę. Niestety, różnica w długości kończyn pozostała (8 mm) i wkładkę muszę nosić nadal, ale to już szczegół.

Dwa ćwiczenia, które wykonywałam były złe ponieważ jeszcze bardziej pogłębiałyby asymetrię miednicy. Ćwiczyłam na turnusie, nie tracąc zapału.
To właśnie ten tydzień diametralnie zmienił moje postępowanie. Fizjoterapeuta dał mi nadzieję. Opowiadał o swojej pracy, wprowadził w świat anatomii. Wstąpiła we mnie wiara. Byłam i jestem przekonana, że można jeszcze cokolwiek zrobić. Od tamtej pory chodzę prosto, nie zakładam już nogi na nogę i ćwiczę codziennie, nie zważając na zmęczenie.

W lipcu byłam u rehabilitanta jeszcze raz, a w sierpniu pojechałam do swojej pani doktor. Już na wstępie powiedziała, że już lepiej kontroluję głowę i na brzuchu zaczynają rzeźbić się mięśnie. Bez problemu dotknęłam opuszkami palców podłogi (dziś już całymi dłońmi ☺), gdy mierzyła mnie skoliometrem. Rotacja wynosiła 5 stopni w odcinku lędźwiowym i 3 stopnie w odcinku piersiowym! Ulżyło mi, że moja praca nie poszła na marne.

Wiedziałam, że jest o co walczyć.

Rok szkolny się rozpoczął, a ja po raz pierwszy nie wstydziłam się założyć sukienki. Zapisałam się na fitness, no i dalej pływam. Pływam różnymi stylami i widzę jak poprawia mi się sylwetka. Może pływanie skoliozy nie wyprostowało, ale dzięki niemu znalazłam pasję, a walkę z kręgosłupem przelałam na dumę z siły oraz umięśnionego ciała.

Pod koniec października pojechałam po raz kolejny do fizjoterapeuty. Powiedział, że stałam się bardzo gibka i elastyczna. Ogólnie teraz wszystko zaczęło się zmieniać na lepsze (mam nadzieję!). Ramiona mam równe, nogi proste, łopatka nie wystaje tak jak kiedyś. Do poprawy zostało tylko wcięcie w talii oraz prawa stopa, która uparcie pcha się do wewnątrz.

Dzisiaj mam trzynaście lat. Mojej walki jeszcze nie wygrałam. W kwietniu mam kolejną wizytę u lekarza. Podziwiam wszystkich ludzi, tych starszych i młodszych, którzy walczą ze skoliozą. Dzięki niej nauczyłam się walczyć o marzenia.
A moim marzeniem i życiową misją jest: zostać lekarzem, aby pomagać ludziom ze skoliozą i dawać im nadzieję.

***

Kasiu, właśnie realizujesz część swojej misji: dajesz innym nadzieję. A zważywszy na to, co dotąd osiągnęłaś, w swoim wieku, niewątpliwie osiągniesz wszystko.

A my wszyscy podziwiamy Cię za walkę ze skoliozą, jaką przecież i Ty toczysz oraz przykład, jaki dajesz – wraz z nadzieją oraz siłą, by zawalczyć o swoje marzenia.

O Kasi z pewnością jeszcze usłyszymy. :).

Dodaj komentarz