Sprostowanie

sprostowania

Po moim poprzednim wpisie można by odnieść wrażenie, że jestem bardzo negatywnie nastawiona do pływania, często wzmiankowanego jako skuteczna czy w ogóle wspaniała metoda leczenia skoliozy (równie często także jest wręcz zakazywane).
Tak po prawdzie, dotąd się nad tym nie zastanawiałam. Czy jestem – to się zaraz okaże.

Na samym początku najpewniej pływałam korekcyjnie. Kojarzę, że męczyłam się z deską, machając nogami do kraula. Nienawidziłam tego. Niechybnie dlatego, że miałam tułów wygięty w banan, więc mnie ciągnął w dół i miałam problem z wynurzaniem nóg. Z tego też względu, jak już się nauczyłam pełnego stylu, nie znosiłam kraula. A nauczyłam się wszystkich.
Byłam i jestem ambitna oraz samodyscyplinowana. Jak bardzo – już Wam mówię. Jak w czwartej klasie podstawówki dostałam pierwszą trójkę w życiu*, nałożyłam na siebie karę na komputer (na szczęście mój tata wybił mi to z głowy ;)). Nigdy się nie obijam.
Mój trener to widział. Byłam idealnym materiałem na zawodnika.
I tak jakoś, gdzieś po drodze, pierwotny cel pływania, korekcja, gdzieś przepadł.
Och, jak ja uwielbiałam pływać samymi rękami do kraula. 10, 20, 40 czy 70 długości – bez znaczenia. W jedne wakacje pływałam 6 razy w tygodniu po półtorej godziny, głównie właśnie rękami do kraula. Bo z deską między nogami mogłam bez przeszkód machać rękami i nie męczyć się z nabieraniem powietrza… A robiłam to tylko i wyłącznie na prawą stronę.
Przez parę lat daje to całkiem sporo pociągnięć rękami i wykręcania się w jedną stronę.
Bardzo lubiłam także pływać żabką i delfinem. Niechybnie i tu mój wygięty kręgosłup miał swój udział, acz w tym wypadku ułatwiał mi ruchy. I tak też wygięcie mogło się pogłębiać…
Wtedy nie myślałam o angażowaniu mięśni brzucha, by trzymać kręgosłup w ryzach. Nie do pomyślenia było przepłynąć jedną długość poprawnie, męcząc się przy tym niemożliwie; bardziej imponujące było rypać ich kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt.
W każdym razie nie było to obciachem.

Drugim czynnikiem, jaki niechybnie podkręcił postęp mojej skoliozy, były brzuszki.
A było to tak:
Moja przyjaciółka w gimnazjum, szczupła i ładniutka, robiła sobie 200 brzuszków dziennie, i kaloryferek miała niczego sobie. Jak go raz nam pokazała po wf-ie, dziewczyny dosłownie zzieleniały z zazdrości i tajonej nienawiści! Ja… Nie dość powiedzieć, że byłam zalana tłuszczykiem. A wtedy już łakomie zaczynałam spoglądać na metody mające uczynić mnie piękną.
No to zaczęłam robić brzuszki. Nie te pełne, bo wtedy bolały mnie plecy, ale te półbrzuszki, jakkolwiek się nazywają. 100, 200, potem nawet 500 dziennie…
I tak, stanowczo stwierdzam, że mi zaszkodziły. Nie tak dawno, bo przedwczoraj, przeprowadziłam eksperyment: zaczęłam robić takie brzuszki. Nie ćwiczyłam ich latami, bo nie uważam ich za dobre ćwiczenie, bo ich nie lubię i wolę ćwiczenia angażujące całe ciało czy w ogóle dźwigać ciężary.
Już przy drugim czułam, że mięśnie pracują nieprawidłowo, czy też, inaczej – mięśnie brzucha mam wyrobione nieregularnie (wyobraźcie sobie powszechny kaloryfer jako szachownicę; to coś takiego ;)), to i tak pracują. I niezależnie, jak usiłowałam je napiąć, nie działały w dwóch równych rzędach, a w taką kostkę.
Jest to też powód, dla którego kompletnie poniechałam tego ćwiczenia.
Wtedy, oczywiście, też czułam, że pracują nierówno. Przed oczami miałam jednak wyrzeźbiony brzuch koleżanki i brnęłam do niego jak do mitycznego El Dorado.

Za trzeci przyspieszacz skoliozy uważam jazdę na rowerze. Kiedyś nie było jak teraz. W domu był jeden rower, na którym jeździł każdy i nawet nie wiedziałam, że można zmienić ustawienie kierownicy. Więc jeździłam, nienaturalnie wygięta.

Czwarte jest noszenie torby, nie plecaka. Plecak był obciachowy, sztywniacki. W plecaku chodziły kujony.
W ogóle, byłam taką osobą, że jak w 5. klasie podstawówki czytałam sagę Auel i dostałam “Łowców mamutów” (jeśli znacie ten cykl, myślę, że uśmiechacie się wymownie, że w takim wieku czytałam coś takiego ;)), wstydziłam się o tym wyznać mojej przyjaciółce. A w drugiej gimnazjum glany leżały mi 2 tygodnie w domu od momentu kupienia, nim odważyłam się je włożyć na wyjście ze znajomymi.
No więc, tak, plecak również wstydziłam się nosić.
Potem zmądrzałam. Ale plecaczek miałam ładny, bez żadnego usztywnienia, ot, taki wór. Oczywiście rwały mnie plecy od noszenia go.
Ale przynajmniej był modny.

Jako piąty, dość oczywiste, jest ten nieszczęsny gips. Kryje się za nim dość szczególna historia… Ale o tym opowiem innym razem.

Za szósty czynnik zapalny uważam siedzenie przy komputerze. Zwłaszcza, że miałam obrotowe krzesło (temat również poruszę w innym poście, o moim obecnym – bo stale dbam o swoje plecy – systemie dbania o kręgosłup, z którego każdy, czy zdrowy, czy nie, mógłby czegoś zaczerpnąć).
A i nie było tak źle, jak musi być obecnie z dzieciakami. W czasach mojego dzieciństwa mieliśmy 15 godzin internetu miesięcznie na spółkę… Młodzi czytelnicy, wyobraźcie to tylko sobie! 7,5 godziny internetu na miesiąc! Czasami targowaliśmy się o minuty i potem z nienawiści zgrzytaliśmy na siebie zębami.

Na siódmym miejscu wylądowało… czytanie książek.
Nie było to, oczywiście, zwykłe czytanie książek. Ja czytałam książki na brzuchu, podparta na łokciach. A potrafiłam to robić całymi dniami, a potem jeszcze ze trzy godzinki przed snem.

Długo zastanawiałam się nad konkluzją. Zamierzałam się tłumaczyć, że “nie jestem specjalistą”, “każdy jest inny”, “to że coś mnie zaszkodziło, nie znaczy, że…” i dać Ci wskazówki, ale kiedy nad tym myślę…

Idź do ortopedy i zacznij rehabilitację. Im wcześniej, tym lepiej; tym skrzywienie będzie mniejsze, tym będzie łatwiej, tym większe efekty możesz uzyskać i tym bardziej sprawny, zdrowy być w przyszłości.
Pamiętaj – postępująca skolioza prowadzi do deformacji kręgów, a w dalszych etapach także narządów.
Skolioza może prowadzić do kalectwa.

Skolioza może doprowadzić do śmierci.

I nie daj sobie wmówić, że skoliozy nie da się wyleczyć. Że co najwyżej możesz zahamować jej postęp.
Nie czekaj, aż będzie za późno.

Ach. I nie wierzcie w te brednie, jakoby przyjmowana postawa nie miała żadnego znaczenia na ewentualne wystąpienie skoliozy.
Zapraszam do tego wpisu, o skoliozie po zakończeniu wzrostu.

 

 

*Nie mogę się oprzeć i muszę to napisać. Natomiast pierwszą jedynkę w życiu dostałam w pierwszej klasie podstawówki z r e l i g i i, bo nie umiałam Ojcze Nasz 🙂

Dodaj komentarz