Skolioza i depresja. A może możesz mieć na to wpływ?

motywacja

Skolioza często powoduje kompleksy, ale może też depresję. Jak wygląda depresja, opisywać Wam nie będę.

Jeśli cierpicie na depresję z powodu skoliozy, znacie ją aż nadto.

Ja sama depresji przez skoliozę nie miałam; a nawet jeśli, to u mnie przybrała postać jakiejś chorobliwej obsesji, by skoliozę zniszczyć. Nie oznacza to jednak, że nie wiem, co to depresja.
Och, wiem, aż za dobrze.

Właśnie z niej wychodzę.

I tkwiłam w niej głęboko, zakładając bloga.
Zgaduję, że nie było jej widać po moich energicznych, pozytywnych postach np. na Facebook’u.

Była ona związana z nałogiem, jaki niosłam ze sobą przez połowę swojego życia. Możliwe, że to on ją wywołał (dopamina itd), albo był wodą na jej młyn.

Miałam o tym napisać w przyszłości, jednak pomysł na wpis dopadł mnie dziś, po tym, jak napisała do mnie osoba borykająca się z depresją wokoło swojej skoliozy.
A jedno, to pisać ludziom, co mogą zrobić, tłumaczyć im, że skolioza to a tamto. Co innego to radzić w sprawie depresji. To czasami nie jest coś, co poczeka, co można skonsultować z wieloma specjalistami i szukać najlepszego rozwiązania.
Tu trzeba działać.

Przez depresję ktoś się może przecież zabić.

Wiem to, bo sama miałam momenty, że rozważałam… przestać żyć.
Celowo nie piszę “chciałam się zabić”, bo to nie było to uczucie.

Niemniej, raz w nieudolnej ucieczce przed samą sobą wyszłam na balkon i oparłam dłonie o barierkę, i odetchnęłam parę razy głęboko, jednak to nijak nie rozluźniło strasznego ucisku w piersi. I tak bezwiednie wyobraziłam sobie, że przechodzę przez barierkę i spadam. Jestem w tym dobra; jeśli nie wiecie, przez parę lat pisałam książkę. Wyobraźnię mam zatrważająco dobrą.
Wizja mnie przeraziła, jednak spokojnie dokończyłam ją w myślach, dokładnie wyobrażając sobie trzask, z jakim gruchnęłabym o ziemię i z jakim połamałyby mi się nogi. Na jej końcu była ciemność; jakbym się wyłączyła, by nigdy się z powrotem nie włączyć.
Na sztywnych nogach wróciłam do mieszkania.

Innego razu tak z czystej ciekawości zaczęłam się zastanawiać, jakbym to zrobiła, gdybym się miała zabić. Jako pierwsze przyszły mi na myśl leki. Nie mam pojęcia dlaczego, bo momentalnie odrzuciłam te wyobrażenia, spanikowana, że przypominałoby to nieskończony ciąg paraliży sennych i jeszcze bym to przeżyła jako warzywo.

Dlatego, nie – temat nie może poczekać.
Tak samo zdecydowałam się ujawnić powyższe koszmarnie osobiste fakty. Jeśli tylko komuś może to pomóc, warto.

Kiedyś opowiem znacznie szerzej o sobie i swojej depresji. Teraz wystarczy, że nie ma wątpliwości, że wiem, o czym mówię i że przebyłam tę drogę, i mogę, m u s z ę, i chcę się z Wami tym podzielić.

Bo też wiem, jak frustrujące i potęgujące depresję mogą być takie reakcje otoczenia jak ta, z którą ja się zetknęłam.
Przebąkując o swojej depresji, w odpowiedzi otrzymałam:
– Kojarzysz Trainspotting [film], jak ci ludzie tam mieli, jak nie brali narkotyków, nie? Potrafisz sobie wyobrazić, jak się czuli?
A we mnie aż się zagotowało. Miałam ochotę wywrzeszczeć: “po cholerę mam to sobie wyobrażać, jak ja to wszystko mam w sobie?!”.
Nie odezwałam się nic.

I wiem, jak cenne są rady od kogoś, kto nie tylko coś tam sobie przeczytał, i teraz wielce radzi innym. A wierzcie mi, ja byłam bardzo trudnym przypadkiem, bo byłam diabelnie przebiegła jak na samą siebie.
Nie umiałam siebie przegadać latami.

We wpisie nie będę się skupiać na depresji stricte ze skoliozą związanej, a depresji jako takiej. Na swoich doświadczeniach. Na tym, co mi pomogło.
I proszę, nie oglądajcie się na to, że ja miałam nałóg, z którego wychodzenie automatycznie niwelowało depresję, więc mnie było łatwiej. To byłaby tylko kolejna wymówka.
Bo łatwo nie było. Mogłabym nigdy nie dotrwać do tego momentu. Jeśli na samym dnie nałogu sądziłam, że gorzej być nie może – wychodząc z niego zaznałam swego rodzaju piekła.

Aha. Ja zdecydowałam się na rozprawienie się z depresją bez leków, kierowana poczuciem, że gdybym je wzięła, oznaczałoby to kompletne oddanie panowania nad sobą. Jeśli jednak Ty bierzesz/zamierzasz wziąć leki – jest to jak najbardziej w porządku. Jordan Peterson (niestety nie mogę teraz znaleźć linka) jakże trafnie się na ten temat wypowiada, a to mniej więcej tak: kiedy jesteś bliski odebrania sobie życia, trzeba chwycić się każdego środka, byle Cię od tego odwieść, bo zwyczajnie możesz nie mieć okazji spróbować czegoś innego.

***

A więc, kiedy mozolnie wychodziłam ze swojego nałogu, pewnego dnia przyłapałam się na nieśmiałej, dość wątłej, ale jednak, myśli: “może teraz jestem żałosna, ale będę fajna”.
Kolejne zmiany w myśleniu były bardziej przełomowe. Powiedzmy, że jednym z powodów depresji była zmarszczka na czole*.

Nie będę wnikać w szczegóły i przedstawię to w ogromnym uproszczeniu. Do tematu jeszcze wrócę. Na razie posłużmy się zmarszczką.

Przez lata moją reakcją na ową zmarszczkę była odraza. Potem już odwracałam wzrok od lustra, histerycznie przełykając łzy.
Kiedy jednak wytoczyłam wojnę nałogowi, po koszmarnym okresie początku “abstynencji” (dla jasności, nie alkoholizm) najdłuższej od jego początku, zaczęły mnie nachodzić pozytywne myśli. Po tej, że będę fajna, kolejna, na którą coś we mnie drgnęło, było:
Teraz ze swoją zmarszczką nic nie zrobię; nie jestem też chyba aż tak głupia, jak mi się wydawało z samego dna depresji oraz nałogu, tak więc postaram się zarobić na tyle pieniędzy, by zmarszczkę usunąć.

Próżne, głupie, ale – jak widać, dlaczego pozwolić zmarszczce zawładnąć całą mną i pchnąć mnie do odebrania sobie życia (w znacznym uproszczeniu, wszak nie jedna byle zmarszczka leżała u podstawy depresji)?

* Mam nadzieję, że nie uśmiechacie się ironicznie pod nosem, jeśli tak – zastanówcie się, czy aby na pewno macie depresję. Pogrążony w depresji mózg każdy powód, który odbiera chęć do życia – a powodów przybywa, aż wlicza się w to bodaj wszystko – postrzega jako dobry. A moja – depresja, nie zmarszczka, acz najpewniej przewlekły stres zmarszczkę na moim czole mógł pogłębiać – była podsycana przez nałóg. Wiecie, dopaminooporność, że w końcu dopaminą przesyconą, już nic nie mogło mnie ucieszyć.
Wtedy też przekonałam się, jak niszczycielski potrafi być stres. Jak nie chorowałam od lat, za czas “odwyku” choroby dopadały mnie jedna po drugiej; niemal nie spałam, każdego kolejnego dnia coraz bardziej obolała, wykończona i sponiewierana.

Już wyjaśniam, po co ja tak o tej zmarszczce piszę.

Można albo roztrwonić całą energię na biadolenie nad sobą, albo przekierowanie ich na dążenie do zmiany.

Bo, jak pisałam, nawet w wieku dorosłym jest szansa na skorygowanie skrzywienia.

Już widzicie, o co mi chodzi? Może warto spróbować znaleźć lekarza, który da Wam szansę? Fizjoterapeuty, który podejmie z Wami próbę skorygowania skoliozy? Albo i trenera personalnego – w obecnych czasach mogą być bardziej kompetentni niż dwaj poprzedni. A może rozważ ćwiczenia siłowe? Wiele osób, słyszałam, zachwala ich wpływ na korektę postawy. Zresztą, sama się o tym miałam okazję przekonać.

Porozmawiajcie ze sobą. Zadajcie sobie parę pytań i odpowiedzcie na nie szczerze. S z c z e r z e. I już uprzedzam: też to robiłam i przyłapałam się na dosłownie niezadowoleniu, że coś – ja sama – próbuje mnie wydobyć z depresji, jaką tak sobie ładnie umościłam.
To naprawdę nie jest łatwe, przyznać się przed sobą, że wiele z naszych myśli jest bezpodstawnych. Ale jest możliwe przedrzeć się wzrokiem, myślami, przez depresję i ujrzeć rzeczywistość taką, jaką jest.

To jest nawet nie fair względem innych, sądzić, że oni oceniają Cię przez pryzmat Twojego skrzywienia. No, chyba że pozwolisz tym myślom Cię zdominować. Dopiero wtedy może faktycznie inni będą Cię widzieć w gorszym świetle; cieniu rzucanym na Ciebie przez Ciebie samego.

I mam tutaj wiadomość pozornie, złą, ale ostatecznie – dobrą.

Motywacja nie spada z nieba.
Bo też to nie jest tak, że ludzie, którzy coś osiągają, są jakoś magicznie lepsi. To tylko wymówka, by dalej trwać w miejscu.

Jest to wiadomość ostatecznie dobra, bo oznacza, że nie jesteś zdany tylko na łaskę i niełaskę depresji, ale też – na siebie.

Wiesz, że mózg nie rozróżnia kłamstwa? Dopóki TY nie zmienisz myślenia o sobie, nikt i nic tego nie zrobi – choćbyś się wyprostował/-a do zera. Szczęście w dużej mierze zależy od nas samych.
I niedocenianie ważne jest po prostu przyznać się przed samym sobą, że często z depresji wyjść nie chcemy, że tak – jakkolwiek absurdalnie to brzmi – jest nam wygodnie.

Przykład zmarszczki, jakkolwiek błahy, obnaża drugie dno: że kiedy formułować nękające nas myśli, okazuje się, że mogą brzmieć one wprost… absurdalnie. Że tak się zapędzamy w negatywnych myślach, że rozciągają się na pozostałe aspekty życia.
Ja, kiedy wreszcie stanęłam przed pytaniem “dlaczego jestem taka nieszczęśliwa”, przez kwadrans nie umiałam znaleźć odpowiedzi, aż zaczęłam czuć panikę, że to sobie wszystko nic innego, jak – zmyśliłam.

***

Przede wszystkim, spójrzmy prawdzie w oczy: są rzeczy, których nie da się zmienić. Zostanie się z nimi przez resztę życia. Czy buntowanie się to zmieni? Czy może to zaakceptowanie tego może pomóc?

Podam tu dla mnie już bardzo błahy przykład, a dla innych – jak się okazuje, dość poważny.
Otóż, ledwie wczoraj planowałam z moim partnerem, co przygotujemy na przyszłą parapetówkę dla znajomych. Ja wyszłam z propozycją, że albo coś zrobimy sami, albo zamówimy pizzę, będzie taniej i wygodniej. Na co oburzył się, że jak to, przecież ja nie będę mogła jeść pizzy (nie jem glutenu).
Jego żarliwa reakcja dość mnie zdziwiła i z lekkim uśmiechem objaśniłam, że mogę się z tego smucić i uprzykrzać tym życie nie tylko sobie, ale i innym albo się z tym pogodzić, przejść nad tym do codzienności, i cieszyć się tym, co mogę. A tak w ogóle to najpewniej będę wtedy na keto, więc jadła jeden raz dziennie, a więc na pewno nie wieczorem.

Dlatego – zadaj sobie pytania i odpowiedz na nie szczerze.

Czy masz wpływ na skoliozę? Czy jeśli ją trochę skorygujesz, będziesz szczęśliwsza/-y? Czy może złe samopoczucie jest w Tobie zakotwiczone, ot, dla zasady, ot, by inni Ci współczuli i zwracali na Ciebie uwagę?

Czy prościutkie plecy są Ci niezbędne, żeby osiągać swoje marzenia, cele? Czy też raczej tracisz całą energię na pogrążaniu się w tym i nie starcza Ci jej na nic innego?

Czy wyniszczająca walka ze skoliozą, często niezbyt widoczną, jest tego warta?

Czy to naprawdę chcesz osiągnąć w życiu? Wyprostować się o te parę stopni? Czy zagwarantuje Ci to życie jak z bajki?
A może to nie skrzywienie rzuca się cieniem na Twoje życie, a Twoje jego wyobrażenie zasnuło całe Twoje wewnętrzne niebo czarnymi chmurami, dławiąc wszelki promyk słońca?

***

Wpis jest dość świeży i pisany w pewien sposób w pośpiechu. Do tematu jeszcze wrócę i stworzę wpis bardziej usystematyzowany oraz przemyślany.

A Wy? Jakie macie doświadczenia z depresją? Jak sobie radzicie? A może w trakcie czytania naszły Was jakieś przemyślenia? Może się z czymś nie zgadzacie? Piszcie! Wam może się to wydawać błahe i niepotrzebne, wierzcie jednak, że kogoś życie może odmienić jedna myśl, jedno słowo, jeden moment.

Dodaj komentarz