Skolioza a martwy ciąg – ja.

ja martwy ciąg skolioza a ćwiczenia siłowe

Odkąd usłyszałam – wtedy dla mnie wyrok – że mam skoliozę, a w wieku 17 lat od lekarza medycyny pracy, że nie mogę podnosić nic cięższego niż 5 kg, w tym przeświadczeniu wegetowałam przez lata.

Co prawda odważyłam się wrócić do jazdy konnej – mojego marzenia, którego poniechałam przez wzgląd na problemy kręgosłupem – i dźwigałam cięższe niż to 5 kg siodła, ale plecy jak bolały, tak bolały. Także dźwiganie czegokolwiek w pracy czy po prostu było kwitowane bólem.
Więc byłam przekonana, że oto zwyczajnie spełnia się wyrok wydany na mój kręgosłup i dźwigać nie będę mogła.

Mimo wszystko, uwolniona z gorsetu, nieśmiało zaczęłam realizować swoje marzenia, wcześniej przez niego przekreślone. Zawsze pragnęłam być dość sprawna, dotąd czując się jak piłka lekarska tocząca się przez swoje życie. Owszem, potrafiłam przepłynąć 40 długości – 1 kilometr – stylem motylkowym (!), ale w życiu codziennym byłam niezgrabna, słaba.
Dzięki mojemu partnerowi zaczęłam… nie powiem, że się wspinać, bo moje wspinanie ograniczało się do przemieszczania się po może 2-metrowej wysokości ściance ;), ale to wystarczyło, by moje ciało rozwinęło się w szokujący, pozytywnie!, sposób. Zdobyłam niesamowitą siłę, moje ciało się wzmocniło i plecy to znosiły.
Najważniejsze jest to, że zaczęłam dostrzegać, że zaczęłam przekraczać pewne limity nałożone na siebie samą. Nie sądziłam, że ja, o nadgarstkach jak patyczki, jestem w stanie na tych nadgarsteczkach zawisnąć i sobie nie urwać w nich rąk. Że moje krzywe plecy wyrabiają się w oszałamiającym tempie i się nie krzywią.

Wreszcie postanowiłam spełnić swoje marzenie, jakim była nauka samoobrony. Przez wzgląd na kręgosłup padło na krav magę, bo słyszałam, że tego to każdy może się nauczyć i że powinno być w miarę lekko. Cóż – lekko nie było ;), ale satysfakcja, jaką mi to dawało, wynagradzała wszelki ból pleców, jaki mi się zdarzał. A dzięki “wspinaczce” ten nie był już tak uporczywy.

Krava maga dała mi wiele, zwłaszcza pewności siebie… I w pewnym momencie uprzytomniłam sobie, że, zaraz, miało być lekko, nie było, a ja dalej żyję i nie widać, abym się pokrzywiła. Ośmieliło mnie to, a moje serce zabiło szybciej.
Tak więc postawiłam wszystko na jedną kartę i podjęłam się realizacji marzenia o byciu sprawną.
Zapisałam się na crossfit.

Wierzcie mi, bałam się ciężarów.
Najpierw uczęszczałam na lżejsze zajęcia dla kobiet, ale tam ćwiczenia izometryczne zabijały mój kręgosłup. No i było dla mnie za lekko, takiego harpagona. Przeniosłam się więc na wod’y.
Kiedy po raz pierwszy stałam przed sztangą z obciążeniem, serce biło mi szybko ze strachu. Nie tylko o kręgosłup; także o nadgarstki, odzywające się bólem przy dźwiganiu.

Strach szybko przeminął. Kompletnie o nim zapomniałam. Na treningach i po nich czułam, że żyję. Biegałam, skakałam, dźwigałam, podciągałam się, nauczyłam się wspinania na linę, do czego zawsze mi było tęskno, no ale lęk wysokości, bojaźliwość, a tak w ogóle to za słabam.

I tak, po paru miesiącach, kiedy już zaczęłam myśleć nad założeniem bloga, w końcu to do mnie dotarło.
Nie bolą mnie plecy.
W ogóle.
I podniosłam, niedawno, 100 kg w martwym ciągu.

Pierwszy trening z martwym ciągiem, jaki się nadarzył, mnie zniesmaczył. Jako kompletny nowicjusz ćwiczyłam technikę, z 25 kg, i było mi niewygodnie, i bolały mnie potem plecy. To była taka kropla goryczy skapnięta na moje sprawdzanie, na ile mogę sobie pozwolić ze skoliozą.

Po czym, naprawdę, nawet nie wiem, jak to się stało, na kolejnym treningu ćwiczyłam z 40 kg.
Zero bólu.
Onieśmielona, zaczęłam, ot, sprawdzać swoje “rekordy”.
60 kg.
65 kg.
75 kg. Przy tym już zaczął błąkać mi się po ustach zadowolony uśmieszek.
Trening, na którym 45 razy podniosłam 45 kg. Za lekki.
85 kg.
Kolejny trening, podobny temu z 45 kg, ale z już 90 powtórzeniami, zrobiłam z 70 kilogramami.
Muszę przyznać, że paliłam się do tego, by przebić inną dziewczynę w klubie, której rekordem było 90 kg. Wyższą ode mnie o głowę i cięższą o jakieś 15 kg.
I raptem po tym sytym, 90 razy 70-kilogramową sztangą, treningu, wskoczyło 90 kg.

Aż – 100 kg.
Ot, po ośmiu podejściach, pierwszych w moim życiu, do martwego ciągu.
Ze skoliozą.

Czułam się nierealnie.
Zaczęło do mnie docierać, co ja robię. Że ja naprawdę podniosłam to 100 kg, o czym nawet nie myślałam, zaczynając ćwiczyć crossfit.
I że to 100 kg to nie jest jakiś już życiowy rekord, a, jak dla mnie, przekroczenie jakiejś magicznej granicy.

To mi uświadomiło, że ja naprawdę wygrałam ze swoją skoliozą. Że nie tylko się tam w młodości wyprostowałam, ale pozbyłam się bólu oraz ograniczeń.
Choćbym zyskała nowe życie.

A dotąd skolioza moim życiem zwyczajnie dyrygowała.

Pewnego razu zainteresowałam się mięśniami dna miednicy. Obejrzałam m.in. ten filmik od NieMaLekko – wybrałam ten, bo, raz, że bardzo lubię słuchać Kornela i jego niekiedy cięte, motywujące wypowiedzi ;), a dwa, że w tym nagraniu w najprostszy sposób opisuje stabilizowanie kręgosłupa poprzez tzw. “balonik”.
I to ten filmik zrewolucjonizował moje treningi. Oraz myślenie.
Że w pewien sposób to własnie skolioza przyczyniła się do moich osiągów w martwym ciągu.

Ale, po kolei.

Zaczęło się już wtedy, kiedy odważyłam się spróbować tej mojej skromnej, bo skromnej, ale wspinaczki.
Ćwiczyliśmy z moim partnerem w dość skromnej bulderowni, w piwnicy pod restauracją, zwanej mimo to “kuźnią mocy” (;)). Było to fajne; w rozciągniętych, starych portkach, w spartańskich warunkach, faktycznie wykuwało się siłę oraz umiejętności.

Mój partner – miał kolegę. Ów kolega zalecił mu wykonywać pompki, by zmniejszyć garba (na zasadzie rozbudowania mięśni klatki piersiowej; mój partner chyba od zawsze podciągał się na drążku, stąd plecy miał nadmiernie rozbudowane w stosunku do klatki piersiowej). I – podziałało.
Tak więc pomyśleliśmy sobie, skoro ja mam płaskie plecy, to powinnam rozbudować mięśnie pleców.
Wiele do stracenia nie miałam. Plecy i tak mnie bolały, i były słabe. Tułów w ogóle miałam koszmarnie słaby. Jest to, niestety, skutek uboczny noszenia gorsetu przez tyle lat. Gorset, owszem, koryguje skrzywienie, ale kosztem osłabienia odciążanych mięśni.

No więc tak sobie zaczęłam się wspinać, i uczyć podciągania się.
Podziałało. I to, och, jakże.

Zaczęłam też ćwiczyć pompki, biceps, wyciskać na klatę. Z ciężarami dość śmiesznymi, ale jak na moją dotychczasową kruchość oraz słabość mięśni było to niesamowite.
Potem, jak już napisałam, przez jakiś czas jeździłam konno i tam jeszcze bardziej się wzmocniłam, zmuszona konie siodłać, a nieraz się z nimi, jak to z końmi, borykać.
Później – krav maga. Pompki, przysiady, ciosy, dynamika, wytrzymałość. Czułam, jak wyrastają mi skrzydła.
Aż wreszcie crossfit.
I przełom – “balonik”.

Wydaje się to nie mieć związku, ale ma ogromny.

Mianowicie, ćwiczenia rehabilitacyjne, jakie wykonywałam przez 7 lat, nosząc gorset, opierały się na rozciąganiu, wzmacnianiu mięśni i oddychaniu. Musiałam była się nauczyć oddychać tak, by przy wdechu i skorygowanej pozycji powietrzem wypełnić wklęsłą stronę pleców. Nie będę wnikać w metody leczenia skolioz i techniki; na ten moment tyle wystarczy.
Kiedy obejrzałam sobie to nagranie o mięśniach dna miednicy, tak ot, z ciekawości, na kolejnym treningu – ćwiczyłam sobie akurat przysiady – zastosowałam tę metodę z ustabilizowaniem kręgosłupa poprzez wdech. Rezultaty były dość zaskakujące.
Spróbowałam więc zastosować to w martwym ciągu.
I tu przeżyłam mały szok. Pozwalało mi to znacznie zwiększyć dźwigany ciężar.
Lata ćwiczeń techniki oddychania sprawiły, że jestem w stanie wytworzyć porządną dźwignię. I skolioza nie ma tu nic do gadania. Moje plecy łakną tylko więcej i więcej.

A to sprawia, że myślami mierzę już ku 150 kg, a potem więcej i więcej.
Że skolioza może być motywacją.
Że mogłam była być operowana, a nie dość, że się wyprostowałam, to jeszcze tyle osiągnęłam.

I tak po prawdzie, wszystko to zawdzięczam mojemu partnerowi. Zachęcił mnie do wspinaczki. A moim marzeniem było być po prostu sprawną. I wspinaczka mi to dała.
I miał tego kolegę – jednego z tych, jacy zawsze się znajdą na takiej skromnej siłowni. Najsilniejszy, rozdający nieopierzonym adeptom siły swoje rady.
Jemu poradził wyrobić klatkę piersiową. Stąd wpadliśmy na pomysł wzmocnienia moich pleców, by je wypełnić w odcinku piersiowym i zniwelować tę płaskość. Bez wiedzy medycznej, ot, na czuja, opierając się na podwórkowej mądrości najsilniejszego kolegi.

Nie jestem jedyna. Jeśli jeszcze tego nie zrobiłeś, przeczytaj mój wpis o skoliozie a martwym ciągu – czy można ćwiczyć.

Inne ćwiczenia będę omawiała w kolejnych postach. A może masz jakieś sugestie? Daj znać!

Dodaj komentarz