Problem z ludźmi.

magiczne metody

Po opublikowaniu wpisu na temat martwego ciągu dostałam parę wiadomości z zapytaniem o to ćwiczenie – kto mnie nauczył techniki, czy sama i czy naprawdę działa. Były one z tych, że w razie potwierdzenia z mojej strony te osoby już, od razu, wstają od biurka i biegną robić martwy ciąg.
Choćby ich dotychczasowa aktywność ograniczała się do przemieszczania się na linii wnętrze budynku-samochód.

Zanim opublikowałam ostatni wpis o pływaniu, z uporem maniaka usiłowałam tłumaczyć różnym osobom (zwykle rodzicom chcącym zapisać swoje dziecko na lekcje pływania bądź do klas sportowych), że z pływaniem trzeba być ostrożnym, że to nie jest takie panaceum, jak się sądzi. Zwykle nie otrzymywałam odpowiedzi na swoje ostrzeżenia; w odróżnieniu od wypowiedzi zachwalających pod niebiosa korekcyjne korzyści płynące z pływania.

Zapatrzeni w niemal magiczną metodę mającą bezwarunkowo rozprawić się ze skoliozą, przez to uparcie głusi i ślepi na to, co miało ją zadeptać.

***

Powtarzam się, ale potwierdzenie tego, co zaraz powiem, znajduję coraz to częściej, na każdym kroku: problemem naszych czasów jest komfort.
Jesteśmy przyzwyczajeni, że wiele rzeczy można mieć na już. Tego się nie dostrzega, jak na przykład robimy zakupy przez internet i te same do nas przychodzą; jak wiele rzeczy można mieć bez zbytniego wysiłku.

Kołysani kojącym poczuciem komfortu, bezrefleksyjnie wierzymy, że jest jakaś magiczna metoda, która zadziała; magiczna tabletka/ćwiczenie/dieta, która pozwoli szybko schudnąć; magiczna pigułka, która podkręci zdolności intelektualne; jakiś magiczny trick, który pozwoli szybko zarobić duże pieniądze; magiczne ćwiczenie, które odpędzi ból; tudzież takie, które kopniakami przegna skoliozę.
Że po prostu nie trzeba się będzie zbytnio wysilać, żeby coś osiągnąć. No, innym się przecież udaje, to i może mnie…?

Mam dla Was wiadomość.

Nic z tego nie istnieje.

Tak jak nie ma czegoś takiego jak „udało jej/mu się”, „miał(a) szczęście”. Czy tego, że ktoś jest po prostu lepszy, predysponowany do czegoś.
Ma się tendencję do takiego myślenia, by przed samym sobą zataić nieudolność, brak odwagi, lęk przed wyjściem ze strefy komfortu. Bądź wycofanie się w nią, po porażce, z powrotem.

Kiedy podzieliłam się z moim partnerem pomysłem na ten wpis, z zaangażowaniem a hardo ujął to krótko:
Każdy sukces jest sumą wszystkich poświęceń.

Jest to cały, mozolny, często bolesny, najeżony porażkami proces.

Ludzie myślą, że wystarczy, że zapiszą się na siłownię lub jakieś inne ćwiczenia albo zaczną robić cardio czy tam HIIT (bo ostatnio się przecież donosi, że rewelacyjnie pali tłuszcz, pozwalając zachować mięśnie), a zaczną samoistnie chudnąć, wyglądać lepiej i w ogóle staną się lepszą wersją siebie. Bo niewygodne jest myśleć, że do tego trzeba by przerzucić się, w miarę możliwości, na przemieszczanie się pieszo miast samochodem, zmienić dietę, ograniczyć alkohol i całe te mnóstwo innych rzeczy, o które się obecnie potyka w internecie.

Albo że zaczną brać suplementy, niech nawet będą naprawdę dobre, drogie, jakaś omega 3 z krylla, witamina D3 z oczywiście K2, kompleks zmetylowanych witamin B, i czekają, aż zdrowie samo przybiegnie, jakby suplementy miały być parawanem, przez który już żadne szkodliwe czynniki się nie przedrą.

Ale, blog jest o skoliozie, więc do niej, wreszcie, przejdę.

Pomysł na wpis zakiełkował, kiedy zostałam zapytana o opinię na temat turnusu rehabilitacyjnego jednego z ośrodków. Osoba powątpiewała, jakoby to mogło być prawdą, że w przeciągu takiego turnusu można osiągnąć nawet kilkunastostopniową (!) poprawę.
Z automatu zaczęłam tłumaczyć, że to nie na tym polega, owszem, efekty takie mogą być (ja przez pierwsze trzy miesiące zmniejszyłam skoliozę o 10 stopni, mimo że chodziłam w za luźnym gorsecie) – kruczek tkwi w tym, by je utrzymać.

Skolioza jest jak taka guma, która, raz naciągnięta, jak zostanie puszczona, boleśnie wróci na swoje miejsce.

Bo nie wystarczy pojechać na jakiś jeden turnus czy odbębnić 20 minut ćwiczeń dziennie. To jest cały proces, który wymaga mnóstwa ciężkiej pracy i konsekwentności.

Tu z pewnością spadnie na mnie lincz, że gadam bzdury, żebym poczytała takie a takie prace naukowe (już je czytałam, z góry serdecznie dziękuję), gdzie dowiedziono, że skoliozy są idiopatyczne i kropka, i przyjmowana na co dzień postawa nie ma żadnego znaczenia.

To po co się gani dziecko, jak się garbi przy komputerze, a przy tym spędza wiele godzin? Bo się może z g a r b i ć.

Tak samo przyjmowane na co dzień postawy czy sposób wykonywania ruchów mają wpływ na skoliozę i jej rozwój.
Przytaczałam już, nie raz i nie dwa, teorię błędnego koła skoliozy; dysbalans mięśniowy, przesunięty środek ciężkości, oddychanie, chód – wszystko to, jeśli nie korygowane, przyczynia się do pogłębiania się skrzywienia.

Tu przytoczę, jak swego czasu chciałam się dowiedzieć, jak nauczyć się podciągać na drążku. Po przeczytaniu pierwszego wpisu z Google, przegrana, skłoniłam głowę. Tym, czego się tam dowiedziałam, było właśnie to: nie ma drogi na skróty.
No to zaczęłam ćwiczyć ćwiczenia do podciągania się na drążku. W miesiąc udało mi się nauczyć jednego pełnego podciągnięcia. Teraz potrafię pięć. No, ostatnio udało się siedem, bo choćby coś zaskoczyło w organizmie po tygodniowej głodówce.

Dlatego, nie, według mnie nie ma stylu pływackiego, który jest lepszy od innych i wyleczy skrzywienie. Większość życia spędzamy poza wodą. I do tego mamy sposobić mięśnie.

Tak samo nie ma jednego uniwersalnego ćwiczenia, które zaadresuje skrzywienie. Owszem, martwy ciąg, dowiedziono naukowo, że pomaga w walce z bólem pleców. Nie wyobrażam sobie jednak od razu, bez żadnego wytrenowania, rozpoczęcia wykonywania tego ćwiczenia i wykonywania tylko jego.
Rozwój ciała musi być harmonijny.

Dlatego, nie, nie wystarczy pojechać na jeden turnus, choćby najlepszy, poćwiczyć tam, odbębnić go i wrócić do domu, a tam rozwalić się byle jak przed telewizorem czy komputerem. Trzeba sumiennie i bez oszukiwania – bo oszukujemy tylko samych siebie, a konsekwencje tego mogą być potem nie tylko bolesne, ale i koszmarne – stosować się do (mam nadzieję!) otrzymanych tam wytycznych oraz wykonywać zadane do domu ćwiczenia.
Nieustannie pracować nad swoją postawą i się kontrolować.

Ja nie przeszłam takiej kompleksowej terapii. Na szczęście, za co jestem wdzięczna nastoletniej mnie, popadłam w jakaś obsesję skorygowania skrzywienia i pilnowałam się na każdym kroku, a do tego byłam w niemal nieustannym ruchu.
I tak przez 6 lat, ponad 2 tysiące dni, 50 tysięcy godzin, 3 miliony minut.
Wyszczególniam to celowo. Mała cyfra przy latach nie ma takiej siły przebicia jak liczba wyrażająca miliony na określenie minut.
Bo czas niekiedy jest mierzony w bólu, a ten rozbija jeszcze te minuty na bolesne sekundy.

No ale, jak to? Tak się pilnować na każdym kroku? No, bez przesady…

No tak to. Właśnie tak to.

Nawet mimo dorosłego wieku moja skolioza nie jest stabilna i bezustannie o nią dbam. Nieskromnie – bo tu nie ma miejsca na skromność, tylko na wytrwałość – powiem Wam, że mam głęboką świadomość swojego ciała (a także siebie) i dbam o to, by to było, a także skolioza, w jak najlepszej kondycji. I mogę Wam szczerze powiedzieć: nic z tego, co wymieniam jako czynniki mogące pogłębiać skoliozę (jak np. obrotowe krzesło – o które ileż razy byłam już pytana!) ani metody na radzenie sobie z nią (jak ów martwy ciąg) nie mają większego znaczenia, jeśli się pozapominam przy komputerze i siedzę bezładnie jak wór kartofli albo uznam, że nie chce mi się danego dnia ruszać czy iść na długą przechadzkę, i niemal przyrastam tyłkiem do stołka.
Niemal od razu widzę pogorszenie się sylwetki; sromotne przypomnienie, że sukces okupuje się ciężką pracą.

Już widzę Waszą reakcję i cisnące się pod palce “Ha! A więc wcale nie rozprawiłaś się ze swoją skoliozą! Inaczej byś nie musiała robić tego wszystkiego!”.

A ja odpowiadam: sest to już wpisane w moje życie, tak samo jak to, że, dajmy na to, nie jem glutenu.
Wiem, że nic samo nie przychodzi i w życie wpisana jest nieustanna praca; czy to nad sobą, czy to nad czymś innym. Jeśli nie pracowałabym nad swoją postawą (co jest mi dodatkowo wynagradzane sprawnością fizyczną i samopoczuciem, jakie daje bycie w ruchu), to nad czymś innym.

Choć czasami dopada mnie poczucie, że to męczące i pragnienie, bym nie musiała się tak kontrolować, życie, jakie mogę wieść, mi to wynagradza.
Jestem sprawna aż do mojego wzruszenia, silna i zdrowa aż do pozazdroszczenia.

I żyję bez żadnego bólu.

Ale, przecież, samo nie przyszło.
Szczęście akurat nie miałam.

Dodaj komentarz