Podróż po wpisach. Sierpień 2009 – grudzień 2010.

moja historia podróż po wpisach

Jeśli jesteś tu po raz pierwszy, serdecznie zapraszam Cię do rozpoczęcia od strony o mnie , a następnie od tego posta.

Mając 17 lat, usnułam sobie teorię, że życie jest sinusoidą, a to dość krzywą i nieregularną, w której na szpilkowate wzniesienia przypadały Rowy Mariańskie wychyleń w dół.

Wtedy też zaczęły pokazywać mi się na głowie pierwsze siwe włosy.

Mimo coraz silniejszego chwiania się w posadach normalności, na skraju obłędu – a może właśnie dlatego – cieszyło mnie, że wylęgają na wierzch. To było kozackie, mieć siwe włosy.
Dopiero po dziewięciu latach dostrzegam, że ta chorobliwa ekscytacja opierała się na niemej nadziei, że ktoś je dostrzeże, a tym odgarnie na bok mój powierzchowny optymizm i wręcz głupkowatość, i zajrzy pod spód.

A pod spodem – kipiało.

Nieustannie nękały mnie problemy z brzuchem, z krążeniem i skolioza, jakby zmówiły się, by mnie w końcu obalić. Stopy puchły mi jak salami, i to nie w palcach, jak zwykle, a w jakichś absurdalnych miejscach jak wierzch stopy, podbicia, a i to w postaci bąbli u nasady palców. Tak po prawdzie mogłyby być i cztery razy większe – byleby nie swędziały.

Siedzenie w szkole było, po prostu, koszmarem. Moje uczestnictwo w lekcjach ograniczało się do stwarzania pozorów słuchania, bowiem moje stopy choćby się paliły w butach. Bez wyolbrzymiania. Uparty, ciągły ból i silniejsze niż wszystko pragnienie, żądza, by je drapać. Do bólu tak silnego, by przytłumił swędzenie; by zedrzeć skórę, by lała się krew, by wściekle, mściwie zaciskać do tego zęby, choćby nie pomogło, to coś się zmieniło; dla wrażenia, że wraz z tą krwią wycieknie i ból.
Po powrocie do domu, po zdjęciu butów ukazywały mi się skarpetki pokrwawione od histerycznego tarcia palcami o wnętrze butów.
Pisząc wpisy na blogu, z uporem tarłam stopami o nogę krzesła. Ból dawał chwilowe ukojenie.

W najgorszych napadach kuliłam się na kafelkach w łazience, nie wiedząc, czy stopy moczyć w zimnej czy w ciepłej wodzie, czy owijać je chłodnym ręcznikiem. Dłonie trzymałam na nich kurczowo zaciśnięte. Gdybym wtedy stała, po prostu poszłabym do kuchni i wyjęła z szuflady nóż, i spróbowała odkroić sobie palce
Wyobrażałam sobie ból, że będzie ostry, jakby wąski i szczypiący – i dający nadzieję, że świąd przeminie, w miarę jak będę oddzielała ostrzem swoje palce od stopy. Najpewniej zatrzymałabym się na kości; wtedy odrzuciłabym, przerażona, nóż i na powrót zacisnęła dłonie na palcach.

To było szaleństwo.

A skoro nic nie pomagało, to wyszłam z założenia, że gorzej nie będzie. Tak więc nie rezygnowałam z pływania, zimowych sesji zdjęciowych, lodowatych pryszniców, ćwiczeń, bycia sobą, życia.

No i jak to w sinusoidzie, w którą w myślach wpijałam wzrok, z wytęsknieniem czekałam na wychylenia ku górze, ku którym wystrzeliwałam z najgłębszych rozpadlin niczym rakieta.

***

Grudzień 2009.

Czekała mnie kontrolna wizyta u ortopedy i jak na złość, jak z ćwiczeniami szło mi znakomicie, tak krótko przed wizytą, w piątek, pękło jedno z zapięć gorsetu, tak że ten nie nadawał się do noszenia.
Był to pierwszy raz od założeniu gorsetu, że nie nosiłam go tak długo, bo dwie i pół dobry.

Był to, słowem – koszmar.

Mięśnie, dotąd pracujące podczas ćwiczeń i pływania, napuchły mi niemożliwe. Po paru godzinach już w sobotę nie byłam w stanie chodzić. Czułam się dziwnie, jak marionetka, której odcięto sznurki. Miałam wrażenie, że barki kompletnie nie współgrają z rytmem bioder, a kręgosłup zdaje się skręcać, skręcać, skręcać bez końca jak serpentyna.
To wszystko jednakże było niczym w porównaniu z niedzielą.
Obudziłam się z uczuciem, że mnie zbito i każdy mięsień jest rozbity, rozmiażdżony. Długo leżałam w łóżku, niezdolna oswoić się z myślą, że mam przetrwać kolejny dzień. Kiedy w końcu się z niego zwlekłam, od razu pożałowałam.
Garbiąc się i powłócząc nogami, krzywiłam się z bólu. Cały dzień przyciskałam dłonie do piersi w jakimś osobliwym, obronnym geście. Po południu cierpienie sięgało apogeum. Czy leżałam, czy stałam, czy siedziałam, czy chodziłam, czy skakałam, czy pływałam, czy się kuliłam w pozycji embrionalnej – ból był ciągle i wszędzie. Już nawet położyłam się na podłodze w salonie, nie mogąc znaleźć sobie żadnej pozycji. Miałam nawet zakwasy w udach w poniedziałek.

Myślałam, że oszaleję.

Na szczęście w poniedziałek pan pomocnik naszego technika naprawił mi gorset i poczułam się jak nowo narodzona, i pomimo opuchniętych mięśni tułowia a przez to ciasnoty odetchnęłam głęboko.

Bałam się, że wszystko to zaważy na zdjęciu RTG, które czekało mnie 3 dni później.

Czekałyśmy z mamą w poczekalni, a ja co chwilę wyjmowałam zdjęcie RTG swojego kręgosłupa i uważnie studiowałam je pod światło. Tak po prawdzie to prawie go nie widziałam. Mogłam była myśleć tylko o porażce, jaką, znów, zadała mi skolioza; że gorset musiał zepsuć się akurat wtedy, akurat przed kontrolnym, co półrocznym zdjęciem.

Tak więc stałyśmy w poczekalni, aż nie zawołano nas do gabinetu. Po oględzinach “na oko” doktor w końcu wziął zdjęcie i zaczął je studiować, w skupieniu porównując je z poprzednimi i kreśląc kąty. Wpatrywałyśmy się w niego z napięciem.
W końcu się wyprostował i rzekł jedynie:

– No.

Od razu wzięłyśmy się za nagabywanie:

– I co? I jak? Jest poprawa? No, niech pan mówi!

Ciągle na nas patrzył, jakby lekko zakłopotany. Odpowiedział po chwili:

– Kurczę, miały prawie czterdzieści stopni, a potem dwadzieścia osiem, mimo że miała być z początku operacja. Potem, o dziwo, zeszło o jeszcze dwa stopnie, co składałem na błąd pomiarowy. – Spijałyśmy słowa z jego ust i wreszcie wyrzucił z siebie: – Czego jeszcze chcecie?

Nie odpowiedziałyśmy, ponaglając go wzrokiem.

– Dwadzieścia jeden.

Wybałuszyłam na niego oczy. To znaczy, że… Mimo bezgorsetowego weekendu… Dwadzieścia je… Dzika, upajająca radość pęczniała mi w piersi, aż myślałam, że mnie rozerwie.

– Ładnie, ładnie. – W końcu się uśmiechnął. – Zadowolona?

Zaczęłam się śmiać. Pytanie! Mama wyglądała na równie wniebowziętą. Myślałam, że ze szczęścia mnie rozniesie.
Doktor spojrzał na mnie z powagą.

– No to, Agato, w nagrodę, tak na Mikołaja, możemy zacząć zdejmować gorset. Godzinę krócej raz na dwa miesiące. Nie więcej, chyba nie chcesz, żeby się to zmarnowało? – Zbyt oszołomiona, gorliwie zaprzeczyłam. Odprężył się z uśmiechem. – Tylko nie przestań ćwiczyć, jak jest taka poprawa.

– Nigdy – wychrypiałam.

***

25 lutego 2010 roku, na wieść o kolejnej osiągniętej poprawie, mój rehabilitant nieomal popłakał się z radości.
Uścisnęliśmy sobie dłonie. W końcu wykonaliśmy kawał dobrej roboty.

***

Marzec 2010.

Odważyłam się zapisać do klubu morsów, mimo problemów z krążeniem. Skoro było tak tragicznie, jakby się jeszcze trochę pogorszyło, nie stanowiłoby dla mnie różnicy.

I tak po prawdzie zanurzanie się w lodowatej wodzie nie spowodowało znaczącej zmiany.

Odkryłam natomiast, po szkoleniu lodowym, osobliwą rzecz. Nie chciało mi się zakładać gorsetu, więc położyłam go na siedzeniu w aucie, obok siebie. Leżał pomiędzy mną a kolegą. A że ów kolega zagadał się z koleżanką w przednim fotelu, machinalnie, bezmyślnie bawił się paskiem gorsetu.

Patrząc na to, naszło mnie niezręczne uczucie, jakby dotykał mnie.

***

31 sierpnia 2010 miałam kolejną wizytę u ortopedy.

Z poprzednich 21 stopni zeszłam do 19.

Oczywiście pan ortopeda ubiegł, że to taka granica błędu pomiarowego, ale tak czy siak brzmiało to imponująco. Tym bardziej, że mogłam była nosić gorset już o godzinę krócej miesięcznie, czyli… do grudnia miałam zejść do 12 godzin na dobę! A więc gorset miał być tylko na noc…

Nie miało znaczenia, że gorset miałam nosić do 21 roku życia. Za to, co dla mnie zrobił, nosiłam go z uczuciem i wdzięcznością.

***

W listopadzie 2010 roku miałam kolejną rehabilitację.

Rehabilitant niesłychanie ucieszył się na poprawę i dowiedziałam się, że jestem “przypadkiem wymykającym się prawom medycyny”. Teoretycznie, jako 18-latka, kości powinnam już mieć dojrzałe; w tym wypadku nadal mogłam była próbować zmniejszyć swoją skoliozę!

To mnie strasznie, strasznie podbudowało.

***

14 grudnia 2010 roku przeglądałam stare zdjęcia na komputerze i natknęłam się na zdjęcie z początku skrzywienia, które zamieszczam również teraz:

Nie mogłam była uwierzyć, że byłam aż tak krzywa – a i zdjęcie zostało zrobione, kiedy zeszłam już poniżej 30-tu stopni… W porównaniu z tym, co było wtedy… Szok!

***

Tak po prawdzie to bodaj nie wierzyłam w tę sinusoidę.
Nie wierzyłam, jakoby za to, co cierpiałam ze strony Leśniowskiego-Crohna oraz choroby Raynauda miała na mnie magicznie spłynąć nagroda na przykład w kwestii skoliozy.
Inaczej nie ćwiczyłabym z takim zacięciem oraz nie sięgała po więcej i więcej, a czekała na rekompensatę.
I zamknęła się w domu, zapędzona tam przez swoje dolegliwości, czekając, aż życie samo do mnie, należne mi przecież!, przyjdzie.

Była to ciężka lekcja i miałam ją za niesprawiedliwą, by w wieku 18 lat, miast cieszyć się życiem, bez skrępowania, jak inni, musieć się ku niemu przedzierać. Była jednak bezcenna.

Że mojego życia nikt za mnie nie przeżyje. Że mogę mieć z niego tylko chorobę… Albo również je mimo chorób.

Dodaj komentarz