Podróż po wpisach. Rok 2011.

podróż po wpisach

Jeśli jesteś tu po raz pierwszy, serdecznie zapraszam Cię do rozpoczęcia od strony o mnie , a następnie od tego posta.

“Wszystko niesie za sobą jakąś, hm, naukę. Tak. Złe chwile pomagają docenić szczęście.
I nic się nie dzieje bez przyczyny.”

Szybko nauczyłam się tego dzięki gorsetowi. Acz wtedy w „nic się nie dzieje bez przyczyny” widziałam jakąś magiczną nagrodę, rekompensatę, jaką zaowocują moje przeżycia z gorsetem.

Teraz, jakże sardonicznie, pomyślałam: no nie bez przyczyny nosiłam gorset. Była nią skolioza.
Co więcej, machinalnie zbyłam swoje stare słowa tymi: tak, tak, ot, gadanie, byle się czymkolwiek pokrzepić albo choć czegokolwiek uczepić, jak nic nie wychodzi.

Oczywiście, wcale tak nie sądzę. Po prostu w myślach przeprowadziłam wymianę zdań z jakimś zazdrośnikiem – szukającym tak usprawiedliwienia dla własnej bezczynności – usiłującym podkopać to, do czego doszłam ciężką pracą.

Bo już wtedy, siedem lat temu, będąc zaledwie – albo już – 19-latką, nie tylko w to wierzyłam, ale wiedziałam, że to prawda. Nie żałowałam tego, co mi się przytrafiło. A i teraz, wolna już od bólu, jestem rada, że przeżyłam to wszystko. Wiadomo, teraz mi łatwiej. Niemniej, jestem rada.
To przecież w dużej mierze od danej osoby zależy, czy da sobie sobie samej wmówić, że dana choroba ją zniszczyła, czy wręcz przeciwnie – dała siłę i pchnęła do przodu.

Ja nie trwoniłam energii na rozpaczanie nad sobą. Zapisałam się do WOPRu, poznałam swojego obecnego partnera, pracowałam jako ratownik i zaczęłam zarabiać na swojej wtedy pasji – fotografowaniu.

Schlebiało mi, jak inni wpatrywali się we mnie jak w obrazek, że mimo przeciwności losu idę do przodu. A jak dotykali mojego gorsetu i wzdragali się z przestrachem, i na ich twarzach malował się jeszcze większy podziw, a do tego z boleścią patrzyli na moje spuchnięte palce u stóp, z ledwością taiłam zadowolony uśmiech.

Dawno nie czułam się tak wspaniale.
Silna.

***

Z plecami było różnie. Czasem bolały, czasem nie; a kiedy bolały, to z całą mocą, jakby ból obrał inną metodę i miast nękać mnie umiarkowanie a stale, tak w przerwach zbierał wszystkie siły, by potem je wszystkie, naraz, rzucić. Czasami miałam wrażenie, że lada chwila coś mi w kręgosłupie pęknie.
Mimo to najważniejsze było, że stale widziałam jakąś minimalną poprawę. Moje plecy przestawały być koszmarnie płaskie i zaczęły wyrabiać się ich mięśnie. I choć nadal musiałam nosić gorset, bez którego ból wracał ze wściekłym wytęsknieniem, niemal o tym nie myślałam. Stało się integralną częścią mojego życia.

We wrześniu miałam kontrolą wizytę ze zdjęciem RTG, które wykazało, że skrzywienie z 19 stopni zwiększyło się do 24.
Męłłam w ustach tę gorzką porażkę. Tłumaczyłam sobie, że po raz pierwszy przecież nie stanęłam przed aparatem roentgenowskim tuż po wyjściu z gorsetu albo że może za mało chodziłam w gorsecie. Albo że moja skolioza jest nad wyraz złośliwa i zaborcza, i jeszcze chce mnie skopać po tyłku.

Tak czy inaczej, nie zamierzałam się tym przejmować, jako że wizualnie było nawet lepiej, niż było, a także ćwiczyć dalej, nieprzerwanie od ponad 4 lat.
W głębi duszy zaciskałam zęby oraz pięści, wściekła, gotowa zrobić wszystko, by to odwrócić.

Na wizycie lekarz dał mi cenną radę, iż muszę „mieć pracę, w której trzeba często zmieniać pozycję”.
Byłam już w tym wieku, że skwitowałam to głupawym, nieposkromionym chichotem.

***

W grudniu 2011 roku uświadomiłam sobie, że w kolejnym roku pojawi mi się dwójka z przodu. Było to dość potrząsające, kiedy wspomniałam 15-letnią siebie, rozpaczliwie wyśmiewającą rokowania, że gorset mam nosić do 21 roku życia.

Nie wiem, czy gdybym była zdrowa, doszłabym do takich wniosków:

„Nie zatrzyma się czasu, a myślowym postarzaniem się i biadoleniem, jak to bardzo się próchnieje, tylko można się dobić. Trzeba korzystać! Chrzanić noworoczne postanowienia – zrób coś już, teraz!

Bo najgorsze, to przegrywać z samym sobą na co dzień.

Przez swoją niby bezwolność i bezradność.”

Jako zwieńczenie wpisu podaję Wam The secret of becoming mentally strong.

 

Oryginalne wpisy z 2011 roku
Czerwiec 2011
Jak w tytule. Łojzusicku, jak ten czas leci! Ledwie założyłam ten plastik – pamiętam tamten dzień, jakby to było wczoraj – a tu już 4 lata minęły… 4 lata i tak dużo zmian, czasem na lepsze, czasem na gorsze. I odnoszę wrażenie, że każdy kolejny rok jest coraz bardziej przełomowy, mimo że wydaje mi się, że poprzedni przyniósł wystarczająco wiele zmian. Ale, jak wiadomo, nic się nie dzieje bez przyczyny, więc wszystko niesie za sobą jakąś, hm, naukę. Tak. Przecież złe chwile pomagają docenić szczęście… 🙂
Odnośnie mojego ciągle prostowanego pleca, hm. Bywa różnie. Czasem boli, czasem nie, ale najważniejsze, że stale widzę jakieś minimalne poprawy. Plecy nie są już takie płaskie, jakby natura stworzyła mnie dla hecy, zaczynają się wyrabiać mięśnie… I choć nadal muszę nosić ten plastik, bo bez niego jednak bolą upiornie i się lubią skrzywić, nie wadzi mi to specjalnie. Po 4. latach takie coś może stać się integralną częścią życia.
Chociaż odnoszę wrażenie, że gorsecik robi się na mnie za mały i nie jest już tak, jak kiedyś, że bez niego puchnę. Teraz puchnę po dłuższym noszeniu go! 😀
A co poza tym: zaczęły się wakacje, które już mi się skończyły z powodu pracy (czyli nie miałam nawet dwóch tygodni wolnego), ale cóż, nie ma co narzekać. Robię coś w kierunku mojej pasji Zenek! *pieści pożądliwie*, rozwijam się, jest przyjemnie i w ogóle. Ciecham się, że posłuchałam mojego Kota i popytałam fotografów, czy nie potrzebują pomocy *uśmiecha się z rozczuleniem*
Przynajmniej będę rozwijać moje bibliofilskie zapędy :DD
Wrzesień 2011
Z powodu okrutnego nadmiaru energii potocznie zwanego adehade postanowiłam wreszcie łaskawie ruszyć swoje zacne pośladki i coś tu naskrobać.
W poniedziałek udałam się na kontrolną wizytę i w końcu! zdjęcie RTG, i się okazało, że mój nieodłączny krzywy, kościsty przyjaciel uczepiony moich pleców mierzy teraz 24*, czyli o 5* więcej, niż ostatnio. Może to kwestia tego, że po raz pierwszy nie stanęłam przed aparatem roentgenowskim tuż po wyjściu z gorsetu, a po morderczej przeprawie z mojej mieściny przez piaskowe burze i wichry pustyni, i szaleńcze błądzenie po terenie ośrodka rehabilitacyjnego w pogoni za budynkiem, gdzie mi to RTG zrobią. Może za mało chodziłam w plastiku. A może mój przyjaciel jest strasznie złośliwy i chce mnie jeszcze skopać po dupce. Tak czy siak, nie zamierzam się tym przejmować, jako że wizualnie jest nawet lepiej, niż było, ćwiczyć będę dalej, nieprzerwanie od ponad 4 lat, po prostu dbać dalej 🙂
Ale muszę przytoczyć cenną radę mojego lekarza, że “muszę mieć pracę, w której trzeba często zmieniać pozycję”, cóż 😀 … No, dobrze, o pochylaniu się nie będę pisać :<
Plecy nadal niekiedy sprawiają ból, na szczęście jest on dużo rzadszy niż kiedyś. Widać, obrał sobie metodę, bo jeśli już jest, to tylko brakuje, żeby zaczął rechotać sadystycznie, taki jest bezwzględny i silny. Czasami mam wrażenie, że lada chwila coś mi w kręgosłupie pęknie z trzaskiem i jest to bardzo niefajne uczucie. Czasami czuję się jak babina. Ale, co zrobić, żyje się dalej.
Tak poza tym, właśnie czerpię z wreszcie naprawdę wakacji, po pracy w morderczym słońcu jako ratownik gdzie zmagałam się barbarzyńskimi hordami pijaków, meneli, rozwrzeszczanych, kurduplowatych wyrzutków społeczeństwa, sypiących się gołych dup, latających drabinek, bluzgów i powietrznych pływaków-rozpaczliwców i wcześniej w morderczym spojrzeniu moich poprzednich pracodawców, których chciałam serdecznie pozdrowić i życzyć im jeszcze więcej ciastek z cukierni 🙂
Pragnę i wyglądam 16-go września o, szóstka obok dziewiątki, mrrwach!, do wypłaty i dopadnięcia w swoje zachłanne łapska nowego obiektywu. I 19-go… Słowacji z moim diabołem 🙂
Choć bywało upiornie ciężko z moimi puchnącymi jak parówki palcami u stóp, i niekiedy jakimś osobliwym wszechbólem, w którym nie dało się znaleźć pozycji, żeby nie bolały kości stóp, tyłka, rąk, pleców, uważam, że to były bardzo udane teoretyczne wakacje… A teraz wakacje praktyczne, które wiem, że będą najpiękniejszymi w moim życiu, pełnymi Słowacji, zdjęć, Słowacji, Zenka, mojego diabelskiego kochanka *szaleńczo macha rencyma*, Słowacji i w ogóle…
Już dawno nie czułam się tak świetnie. Och, życie, życie, mimo że bywa gówniane, to jest piękne!
I chciałabym, żebyście i Wy mieli taką ochotę jak ja, żeby otworzyć okno o szóstej ewentualnie o szóstej dziewięć rano, wciągnąć do płuc chłodne powietrze, poczuć je, jak lekko szczypie Wam policzki i wrzasnąć na całe gardło: “Jak ja się, kurwa, cieszę!”
Grudzień 2011
Cóż, w przyszłym roku dwójka z przodu. Straszne się to wydaje. A kiedyś 15 lat to było tak dużo…
Tak samo jak kiedyś rączkami i nóżkami zapierałam się, że jak to, gorset do 21. roku życia? A w życiu! A teraz minie 5. rok, i zostanie tylko jeszcze jeden.
Kiedy to zleciało?
Nie zatrzyma się czasu, a postarzaniem się i rzępoleniem, jak to bardzo się próchnieje, tylko można się dobić. Trzeba korzystać! Chrzanić noworoczne postanowienia – zrób coś już, teraz! Nowy rok może zacząć się strasznie; może Ci umrzeć pies, ktoś dostać zawału, zginąć dupiliard osób w czasie ogromnego wypadku. Potrzebny taki bodziec?
To najgorsze, przegrywać z samym sobą na co dzień.
Ale mnie filozof dopadł. To chyba niewyżycie z powodu niepisania. Może nadrobię. Może. Mam dużo snów do nadrobienia… Dużo rzeczy… Dużo myśli… Ale się zmienia…
Nie ma czego żałować, nie ma co sobie czegoś tak bardzo narzucać. Nie to, to co innego 🙂
A wszystkim robaczkom życzę, żeby jednak ten kolejny rok był lepszy niż kolejny, mimo wszystkiego, co napisałam powyżej. W końcu są jakieś granice, przełomy – niech i będzie sobie jednym z nich ten Sylwester. A więc w tym czasie bawcie się, pijcie, nie ograniczajcie sobą – miejsce dużo radochy, uśmiechu, śmiechu, wspaniałego seksu, miłości, kasy, szczęścia – a przede wszystkim siebie 🙂

 

Dodaj komentarz