Podróż po wpisach. Moja historia (5).

moja historia podróż po wpisach

Jeśli jesteś tu po raz pierwszy, serdecznie zapraszam Cię do rozpoczęcia od strony o mnie , a następnie od tego posta.

Wizyta we wrześniu przebieg miała dość zaskakujący. Również dla mojego ortopedy.
Studiował moje zdjęcia RTG dość długo, po czym odchylił się w krześle i przez chwilę rozglądał się choćby zmieszany.

Okazało się, że bez gorsetu skrzywienie zmniejszyło się o 10 stopni, zaś w gorsecie wynosiło ok. 20 stopni! Proszę mieć na uwadze: od czerwca do września, 3 miesiące, w tym dwa z nich w luźnym gorsecie. Dziękuję, możecie przestać klaskać :).

U pleców choćby urosły mi skrzydła. Przez kolejne 3 miesiące ćwiczyłam bez wytchnienia, myślami uczepiona osiągniętej poprawy. Do tego pływałam, w miarę możliwości starałam się ćwiczyć w szkole, jednak jakże rozmaite zajęcia gry w siatkówkę skutecznie pomogły mi poprawić kondycję kręgosłupa – bowiem nie brałam w nich udziału.
Wściekły zapał, jaki mnie ogarnął, pozwolił mi odciągnąć myśli od problemów z krążeniem, a robiło się coraz zimniej i palce coraz bardziej mi puchły, i siniały, i rany wylęgały na nich jak glisty po deszczu.

Podczas przerwy świątecznej, kiedy nie musiałam siedzieć w szkole, ciągle byłam w ruchu, żeby mięśnie troszkę pracowały choćby i pod gorsetem. Wszystko szło świetnie. Czułam, że dosłownie z tygodnia na tydzień garb się zmniejsza. W marcu czekało mnie kolejne kontrolne zdjęcie i powzięłam sobie za cel osiągnąć jeszcze większą poprawę.

To, co stało się po tygodniu w szkole, było jak senny koszmar.

Całe moje starania, poprawa, jaką osiągnęłam przez te wszystkie miesiące – wszystko przepadło.
Garb wyskoczył, a ciało na powrót się przekrzywiło, jakby marionetkarz odciął sznurki.
Ot, tak po prostu.

W nocy nie mogłam spać. Przewracałam się z boku na bok, płacząc. W końcu, około północy, nie wytrzymałam i poszłam do pokoju mamy. Wsunęłam się jej do łóżka i wyszlochałam, że ja chcę operację.
Nic nie miało dla mnie znaczenia. Ani blizna, ani rok po operacji bez ćwiczeń, ani przekreślone marzenia. Po co się starać, skoro w ciągu jednego dnia wszystko pryska jak bańka mydlana. A tak to czekałby mnie ból utrzymujący się do miesiąca czasu, implant na stałe i święty spokój.

Moja mama wysłuchała mnie w milczeniu. Jedynym, co powiedziała, było:

– Chcesz do końca życia nie móc skakać, nawet nie myśleć o jeździe konnej? Proszę bardzo. Idź na operację.

I odwróciła się do mnie plecami.
Momentalnie zamilkłam. Chwilę wpatrywałam się w ciemność panującą w pokoju.
Łzy przestały płynąć.

Jak na ironię losu, akurat wypadła kolejna wizyta u ortopedy. Starałam się nadrobić skrzywienie się kręgosłupa, lecz ortopeda nie odnotował kolejnej poprawy. Dowiedziałam się za to, że tak właściwie to poprawa miała już nie nastąpić. A tak w ogóle, to nigdy miało jej nie być.

Cały czas chodziło tylko o zatrzymanie skoliozy.

To było… okrutne.
Gabinet, gorset, wszystko wydało mi się takie… głupie. Żałosne. Śmieszne.
A najbardziej z tego wszystkiego żałosna i śmieszna, bo naiwna, byłam – ja.

Czułam się, jakby wbito mi nóż w plecy.

I na co było to wszystko.

Mama widziała, jak mną to wstrząsnęło. Próbowała mnie pocieszyć. Przyznała, że od pierwszej wizyty to wiedziała, jednak żywiła przekonanie, że i mnie lekarz o tym powiadomił. Wtedy dodatkowo poczułam się oszukana.

Nigdy nie miałam być prosta i ładna. Miałam zostać krzywa.

Po powrocie do domu położyłam się na łóżku, założyłam słuchawki na uszy i zaczęłam płakać. Kiedy brakło mi łez, tępo wpatrywałam się w sufit.

Aż wreszcie – skupiłam wzrok i zebrałam myśli.
10 lat temu napisałam, że leżałam tak, wylewając łzy, przez parę godzin. Chyba odpadłyby mi uszy od słuchania muzyki tak długo.

Skoro nie miałam się nigdy wyprostować, jakim cudem nastąpiła poprawa.
A skoro się pojawiła, to równie dobrze może jeszcze raz, i jeszcze raz, i jeszcze tyle razy, ile będzie trzeba.

A więc poza skoliozą miałam się jeszcze zmierzyć z ortopedą. Na widok kolejnego przeciwnika na drodze poczułam przyjemny zastrzyk sił i mobilizacji.
Oj, a miałam mu jeszcze pokazać.

 

Oryginalny tekst z kwietnia 2008 roku
Kolejna wizyta przyniosła wieeeeelką poprawę. Pan ortopeda po obejrzeniu zdjęć… Ee, dobra, nie powiem, czego oczekiwał, ale okazało się, że bez gorsetu skrzywienie zmniejszyło się o 10*, zaś w gorsecie wynosiło ok. 20*! Proszę pamiętać: od czerwca do września, 3 miesiące, w tym dwa z nich w luźnym gorsecie. Dziękuję, teraz możecie przestać klaskać ;).
U pleców urosły mi skrzydła, świetnie się ćwiczyło przez kolejne 3 miesiące. W marcu czekało mnie kontrolne zdjęcie. Pływałam, w miarę możliwości starałam się lekceważyć inne problemy zdrowotne i ćwiczyć w szkole, jednak jakże rozmaite zajęcia gry w siatkówkę skutecznie pomogły mi poprawić kondycję kręgosłupa, bo nie brałam w nich udziału…
Czułam, że dosłownie z tygodnia na tydzień grab się zmniejszał. Idylla. Podczas przerwy świątecznej, kiedy nie musiałam siedzieć, ciągle chodziłam, spacerowałam, żeby mięśnie chociaż troszkę pracowały. Wszystko szło świetnie.
Jednak po tygodniu w szkole się załamałam. Całe moje starania, poprawa, jaką osiągnęłam przez te cholerne, pieprzone miesiące- wszystko poszło się kochać. Garb wyskoczył, ciało zaś się przekrzywiło, jakby marionetkarz odciął sznurki. Nie mogłam spać, ryczałam. Wreszcie około północy wepchnęłam się do pokoju mamy, nie miałam komu innemu wyżalić się tak późno, zresztą, na co dzień też nikomu się nie zwierzałam. Wiem, sama jestem sobie winna, że wyglądam na taką, co dla mnie gorset jest jak seksowny top z Triumph’a, równie przyjemny, mimo że w rzeczywistości nie znoszę go z całego serducha (a potrafię solidnie nienawidzić, niestety) i zarazem nie mogę się bez niego obejść.
Tej nocy pragnęłam operacji. Ból do miesiąca, implant na stałe, co tam blizna, co tam rok bez ćwiczeń, jaki sens mają starania, skoro wystarczy jeden dzień i sukcesy pryskają jak bańki mydlane? Nic do mnie nie docierało. Nic. Na szczęście mama wie, że litość i porównywanie z gorszymi przypadkami jeszcze tylko bardziej mnie złoszczą; skuteczniej jest mną wstrząsnąć:
– Chcesz do końca życia nie móc skakać, nawet nie myśleć o jeździe konnej? Proszę bardzo, idź na operację- i tu się odwróciła do mnie plecami.
Dało mi to wiele do myślenia. Za to ją kocham.
Jak na ironię losu, akurat wypadła kolejna wizyta u ortopedy. Kręgosłup pokrzywiony, chociaż postarałam się nieco go podciągnąć. Poprawa już nie nastąpiła. Dowiedziałam się, że tak właściwie to poprawa miała już nie nastąpić. Już na samym początku chodziło tylko o zatrzymanie skoliozy. To było dla mnie brutalne, słowa lekarza chlastały jak noże. Gabinet, gorset, wszystko wydało mi się takie… głupie. Takie nieważne. Denne i kiczowate, beznadziejnie kiczowate. Jakbym dostała cios w twarz- albo wbito mi nóż w plecy. Po co się starać, gdzie sens?
Mama widziała, jak mną to wstrząsnęło. Próbowała mnie pocieszyć. Przyznała, że od pierwszej wizyty to wiedziała, jednak żywiła przekonanie, że i mnie lekarz o tym powiadomił. Wtedy dodatkowo poczułam się oszukana. Tak nie miało być… Miałam stanąć na 38,5 stopniach…
Ale po paru godzinach, po tylu wylanych łzach, po paru godzinach słuchania muzyki i tępego wpatrywania się w przestrzeń- solidnie puknęłam się w głowę. Gdzie twój entuzjazm, wola walki?! Co, facet tak powiedział i tak ma być? Akurat! Na tobie uczyli się lekarze, więc i on się nauczy, że reguła czyni wyjątki. Wyprostuję się, choćbym miała wymiotować i skamleć podczas tych ćwiczeń! Pokażę mu, o! Właśnie tak!

Dodaj komentarz