Podróż po wpisach. Moja historia (4)

moja historia podróż po wpisach

Jeśli jesteś tu po raz pierwszy, serdecznie zapraszam Cię do rozpoczęcia od strony o mnie , a następnie od tego posta.

Nie przyszło mi długo cieszyć się skróceniem gorsetu.

Szybko pojawił się u mnie nieopisywalny ból w lewym biodrze. Dosłownie w samym biodrze i dosłownie nieopisywalny. Coś jakby parzenie, a zarazem dziwne rwanie.
Po jakimś tygodniu, gdy już nie umiałam wysiedzieć na lekcji, jedynie wiercąc się w miejscu i przełykając łzy, ponownie wybrałyśmy się do lekarza, by może poprawił coś w gorsecie.

Kiedy na przystanek wjechał rozklekotany autobus, zatłoczony jak na Wszystkich Świętych, chciało mi się dosłownie zapłakać z bezsilności.
Autobus jechał z mozołem, chybocząc się, a ja kurczowo trzymałam się barierki, ledwie trzymając się na nogach. Z rozpaczą wodziłam wzrokiem po naburmuszonych ludziach wokoło. Ci, którzy go podchwycili, odpowiadali hardym, bezlitosnym spojrzeniem.
W końcu dorwałam jakieś cudowne siedzenie przed starszą kobietą. Ściągnęło to na mnie potępiające spojrzenia innych pasażerów, zdające się dziobać mnie po głowie. Miałam je gdzieś.
Podczas wysiadania byłam już tak wyczerpana, że ta sama kobieta przepuściła mnie w drzwiach.

Do pana od gorsetu, nie mając jeszcze samochodu, jeździłyśmy taksówką. Tym razem trafiłyśmy na takiego przemiłego pana, że zważając na mój opłakany stan, zabrał nas nad wyraz okrężną drogą na miejsce docelowe. Może liczył, że taka wycieczka krajoznawcza wpłynie na mnie kojąco :). W końcu dla cierpiącego dziecka portfel otwiera się bez oporów.

W gabinecie objaśniłyśmy panu technikowi sytuację, pooglądał mnie, po czym zdjęłam gorset, a on zabrał go do korekty.
To, co stało się potem, po dziś dzień jest dla mnie zagadką.

Mianowicie, dostałam takiego napadu bólu, że…
10 lat temu napisałam, że nawet nie pamiętam, co się tak dokładnie działo. Otóż, pamiętam. Urywki tego, co się rozgrywało, poprzedzielane białymi plamami traconej przytomności.
Mama próbowała mnie uspokoić, podczas gdy ja się wiłam i coraz bardziej zsuwałam z krzesła, aż znalazłam się na kolanach na podłodze, z całych sił starając się stłumić krzyki bólu.
Ponadto, 10 lat temu pokusiłam się o opis tego zdarzenia (dostępny na dole posta jako rozwijany tekst). Otóż, jest on nieprawdziwy. Ot, książkowy.
Ból był po prostu taki, jakby ktoś opalał mi biodro żywcem. Histerycznie odsuwałam z niego i koszulkę, i spodnie, i majtki, jakby mnie parzyły.
To był po prostu koszmar, przy którym zmysły odmawiają posłuszeństwa. Tego się n i e d a opisać.

Kiedy lekarz wszedł, jakoś udało mi się podczołgać na krzesło. Pytał, co się stało, ale ja nie umiałam wykrztusić ani słowa. Na dodatek mama usiłowała uzyskać ode mnie potwierdzenie, czy chcę tabletkę przeciwbólową. Tak, chciałam!, jakżeby inaczej!, tyle że umiałam to wyrazić tylko trzepotaniem rękami niczym wiatrak. Wyglądało to, jakbym ją uciszała.
Po dawce Ibupromu MAX i zimnych okładach napad w końcu, powolutku, osłabł.

Lewe biodro gorsetu zostało wypchnięte, zaś prawe całkiem wykrojone. Stał się taki jakiś… lekki.

Pan w taksówce, na mój widok, jak niemal bezwładnie zwaliłam się na tylne siedzenie, uśmiechnął się współczująco i powiedział: „Zmęczona, co?”.
Nie chciał mnie, widać, męczyć bardziej, bo zabrał nas z powrotem jakąś taką krótszą trasą.

Po dziś dzień nie mam pojęcia, co to był za napad bólu. 10 lat temu dywagowałam, czy to mięsień, czy to kość… Dotąd nad tym nie myślałam i dopiero teraz przyszło mi na myśl, że mogło być to podrażnienie zakończeń nerwowych. Miejsce to było stale uciskane przez gorset.
Im więcej o tym myślę, tym większy ma to sens, bowiem do dziś przy dotyku nie mam czucia w tym biodrze (;)).

10 lat temu, również, napisałam:
„Uroki leczenia- niekiedy jest gorsze niż sama choroba… Ale nie, to nie w imię mojego bloga, z chorobą walczyć trza! :).”

I właśnie chwilę nad tym myślałam, jak się do tego ustosunkować.

I powtórzę to, co w poprzednim poście. Wiele osób może zniechęcić się bólem, jaki towarzyszy noszeniu gorsetu… I wybiera ból, przed którym nie uciekną – ból po operacji.

Wiedz, że Twój mózg będzie Ci tu wrogiem. On nie widzi celu, prostej sylwetki, życia w sprawności. Dla niego jest tu i teraz; teraz boli, trzeba uciekać z tej sytuacji.
Dlatego jest tak strasznie trudno.

Kochani rodzice, bo to Wy decydujecie o swoich dzieciach. Wiem, że cierpienia dziecka znieść nie sposób i chce mu się ulżyć, jakkolwiek, choćby poddając je operacji. Ono jednak może cierpieć w przyszłości. W skrajnym przypadku mieć do Was wyrzut, że zgodziliście się na operację.

Skolioza i walka z nią może je wiele nauczyć. Mnie ukształtowała tak, jak ja swój kręgosłup przez lata; nie byłabym tu teraz, gdyby nie to wszystko, co mnie spotkało.

Czasem, czasem żałuję, że nie miałam normalnego, beztroskiego dzieciństwa. Od 12 roku życia moje życie było nieustanną walką. Przez to stałam się dojrzała ponad wiek, poważna, rygorystyczna. Zazdrościłam innym aż do bólu.

Teraz jednak mogę cieszyć się wspaniałym życiem w pełni.

I teraz jestem dumna aż do dziwnego bólu, że będąc tak młodą, potrafiłam być tak samozdyscyplinowana.

I nie potrafię wyrazić wdzięczności dla mojej mamy, że ZAWSZE odwodziła mnie od operacji, nawet kiedy byłam skłonna się jej poddać. Za to, co dla mnie zrobiła, mam względem niej dozgonny dług. I do mojego taty. Nie jest łatwo bezsilnie, na odległość słyszeć o cierpieniach swojego dziecka.

Dlatego nie poddawajcie się. Walczcie. Jest o co.

Kolejna część moich przeżyć

… Lub możesz czytać wszystko po kolei, używając paska nawigacji poniżej 🙂

Oryginalny tekst wpisu z kwietnia 2008 roku

Szybko pojawił się u mnie okropny ból w lewym biodrze. Ciężko opisać, czy to kość, czy mięsień, po prostu ta bliżej nieokreślona część ciała zdawała się parzyć i… Hmm, coś jakby rwać. Po jakimś tygodniu, gdy już nie umiałam wysiedzieć na lekcji, jedynie przełykając łzy i nerwowo przebierając nogami, ponownie wybrałyśmy się do lekarza na jakąś poprawkę albo coś. Uroki leczenia- niekiedy jest gorsze niż sama choroba… Ale nie, to nie w imię mojego bloga, z chorobą walczyć trza! :).
Ale wtedy wcale nie było mi do śmiechu. Jadąc autobusem, chyboczącym się, rozklekotanym, zatłoczonym, ludzie tu, ludzie tam, gdzie się pchasz, dziewczyno, nie miałam gdzie usiąść, nogi się pode mną załamywały. W końcu dorwałam jakieś cudowne siedzenie przed starszą kobietą. Podczas wysiadki osiągnęłam już stan tak totalnego wymemłania, aż ta sama kobieta przepuściła mnie w drzwiach. A jednak ludzie potrafią być litościwi.
Z kolei w gabinecie dostałam takiego napadu bólu… Takiego… Że prawie straciłam przytomność. Nawet nie pamiętam, co się tak dokładnie działo. Po tym, jak zdjęłam gorset i pan zabrał go do korekty, widzę tylko jakieś urywki i białe plamy. Mama próbowała mnie uspokoić, podczas gdy ja miotałam się i skręcałam na podłodze, z całych sił wpijając paznokcie w skórę, byleby tylko nie krzyczeć. Chciałam wrzeszczeć, tak głośno, żeby chociaż trochę uśmierzyć to cierpienie, zagłuszyć je, po prostu wydzierać się jak obłąkana, nie wiem, po co, tak po prostu, żeby zniknąć, zapaść się pod ziemię, cokolwiek, jakkolwiek, ale szybko, byleby tylko nie rozdzierało mnie od wewnątrz. Jeśli sądziłam, że wcześniej biodro bolało mnie nie do zniesienia, to już nie umiem opisać tego, co przeżyłam wtedy. Odnosiłam wrażenie, że coś mnie rwie, mieli, szarpie na strzępy… Ten ogłuszający ból, oślepiające katusze… No, cóż, dotąd nie wiem, co to spowodowało.
Kiedy lekarz wszedł, jakoś udało mi się podczołgać na krzesło, zachować pewną świadomość, ale gdyby nie zauważył łez, byłby chyba ślepy, prawda? Coś tam się pytał, co się stało, ale ja nie umiałam wykrztusić ani słowa. Jedyne, co budzi we mnie rozbawienie, to pytania mamy, czy chcę tabletkę przeciwbólową. Tak, chciałam!, jakżeby inaczej, tyle że potwierdzić to umiałam tylko trzepotaniem rękami niczym wiatrak. Wyglądało to, jakbym ją uciszała. Ale mniejsza z tym.
Po dawce Ibupromu MAX i zimnych okładach w końcu napad powolutku osłabł. Symetrycznie do mojego biodro przyjaciela zostało wypchnięte, zaś prawe całkiem wykrojone. Stał się taki jakiś… lekki. Ja tylko leżałam na tylnym siedzeniu taksówki, wyzuta z sił. Już wiem, jak to będzie wyglądało po porodzie… Żart, żart, bardzo głupi, zresztą.
Już więcej nie doszło do podobnych incydentów, więc się nie bójcie. Pocieszę Was: to ja miałam i w sumie nadal mam pecha. Dolegliwości lubią się do mnie kleić, nie mówię jedynie o skoliozie (jak się zaczynają, to porządnie, ot co!), a nawet jeśli lubią kogoś z Was, jestem 1% ze 100%, które to spotka. Dlatego bądźcie spokojni. Nie będziecie musieli pytać: „Dlaczego to akurat ja?”, bo już za Was to odbębniłam. Dziękuję :).
A jeśli takie cholerstwo kogoś dopadnie, obiecuję, że osobiście skopię mu tyłek.

To dopiero początek optymizmu! (Nie jestem sarkastyczna, choć mogłam tak zabrzmieć! ;P).

Dodaj komentarz