Podróż po wpisach. Moja historia (3)

moja historia podróż po wpisach

Jeśli jesteś tu po raz pierwszy, serdecznie zapraszam Cię do rozpoczęcia od strony o mnie , a następnie od tego posta.

Pierwszego czerwca 2007 roku dostałam na Dzień Dziecka niewątpliwie najbardziej dziwaczny prezent.

Dzień był jednym z tych najbardziej upalnych czerwcowych. Powietrze wewnątrz przedziału było rozgrzane, aż zapierało dech w piersi. Przyklejona do wytartego, skórzanego siedzenia myślałam, że się rozcieknę na kształt surowego naleśnika. Nawet pociąg wlókł się ospale, jakby i on nie miał siły w tym skwarze.
Mimo to wykrzesałam z siebie entuzjazm i z ożywieniem rozprawiałam z mamą o czekającym mnie przełomie w życiu. Wiedziałam już, że gorset nosi się 23 godziny na dobę i zdejmuje tylko do mycia się bądź ćwiczeń. Kilka razy byłam na ćwiczeniach rehabilitacyjnych, a za jeszcze kilka zajęć miałam ćwiczyć sama w domu.
Co raz studiowałam swoje zdjęcie, trochę niemile „zaskoczona” wyglądem kręgosłupa. Odkąd byłam u ortopedy, zaczęłam naprawdę dostrzegać swoje skrzywienie oraz je odczuwać.

Na myśl o tym z determinacją zaciskałam wargi. Ani myślałam żyć w takim ciele i w myślach już wypowiedziałam skoliozie wojnę.

Pierwszy raz, jak założono mi gorset i dociągnięto paski, dosłownie zaparło mi dech w piersi. Nie umiałam nabrać powietrza. To w tym da się w ogóle poruszać?, przemknęło mi przez myśl. Nie umiałam sobie wyobrazić funkcjonowania w takim czymś.
Pan dokonał jeszcze małych zmian i poradził, żebym nie zakładała gorsetu na drogę, bo się za bardzo umęczę – wszystko w domu, na spokojnie.

Mimo niemiłego pierwszego wrażenia całą drogę trajkotałam jak najęta. Wprost nie mogłam się doczekać powrotu do domu. Mówiłam o gorsecie „przyjaciel”, a ludzie ze zdumieniem zerkali na to dziwactwo w reklamówce.

W domu już po kilkudziesięciu minutach od przyodziania gorsetu dotarło do mnie, że wcale nie będzie tak kolorowo. Dosłownie wżynał się w pachy, zdzierając skórę. Czułam się, jakbym połknęła kij od miotły i nałożono mi gorset nie plastikowy, a co 3-miesięczny, gipsowy. Z pewnością wszyscy tak myśleli o swoich gorsetach: twardy, niewygodny; potwór, zmuszający ciało do kapitulacji.

Już tego samego dnia wyszłam z koleżanką. Powietrze ochłodziło się na wieczór, więc mogłam była ubrać się grubo i zataić gorset. Nic nie zauważyła, choć mnie się zdawało, że poruszam się niezgrabnie, pokracznie. Dopiero potem jakoś tak zapytała, czy już mam gorset. Przeraziła się, gdy pokazałam jego rąbek.
W szkole dziewczyny spostrzegły jakąś zmianę w mojej sylwetce i jedna z nich wysnuła tezę, że bardzo schudłam, a to po prostu gorset mnie tak ścisnął. Kiedy się o nim dowiedziały, również się przeraziły.

Pierwsze tygodnie to był po prostu koszmar.
Kręgosłup dawał mi się we znaki o wiele bardziej niż przed włożeniem gorsetu. Pachy miałam wręcz poparzone, gdzieniegdzie otarte do krwi. Przestawałam wytrzymywać i zaczęłam buńczucznie ściągać gorset, i go nie nosić. Miałam gdzieś prostą sylwetkę; ten ból, bliski jakiejś agonii, nie był tego wart. Bez gorsetu jednak ból był jeszcze silniejszy. Więc zakładałam go z powrotem i dalej płakałam, miotając się jak w klatce.
Nawet mama zaczęła się zastanawiać, czy oby na pewno tak powinno być.
Teraz nie potrafię powiedzieć, jak, ale – wytrwałam.

W wakacje wyjechałam z koleżanką. Z czterech tygodni wytrzymałam tylko dwa. I to nie dlatego, że ciało pod gorsetem pokryły mi odparzenia – nieuniknione w ponad 30-stopniowym upale, w którym skóra dosłownie piecze się pod grubym plastikiem. Nie wytrzymałam psychicznie tego, że nie mogłam była kąpać się w basenie czy że musiałam prosić o zakładanie butów.

Wtedy też zaczęłam się odchudzać. A to bardzo przebiegle. Odmawiałam wszelkich łakoci podsuwanych przez babcię koleżanki, jako wymówki używając… Teraz nie pamiętam. Możliwe, że któremuś z rodziców przypisywałam jakąś chorobę jak cukrzyca. Świeżo umoszczona więc w mojej głowie anoreksja miała się jak w raju.
I tak strasznie schudłam, przez co przez 2 miesiące chodziłam w za luźnym gorsecie, który, niestety, wszystko skutecznie zatajał.

Dopiero wizyta w połowie sierpnia mną potrząsnęła. Ortopeda krzyczał, że nie noszę gorsetu i co to ma być – a ja po prostu nie umiałam nabrać powietrza tak, żeby to było widać!
W tym miejscu muszę wyrazić podziw dla młodej siebie. Ja wtedy naprawdę oprzytomniałam, strząsając z siebie anoreksję jak pies otrzepuje się z wody. Za wszelką cenę chciałam się wyprostować, a więc wypełnić ciałem gorset tak, by ten działał.

Pod koniec sierpnia dostałam nowy zestaw ćwiczeń i zrobiono mi RTG. Ucieszyłam się, widząc, że na zdjęciu w gorsecie kręgosłup jest o wiele, o wiele prostszy. Moja motywacja powróciła z całą mocą.

We wrześniu, po trzech miesiącach, wreszcie nadszedł moment skrócenia gorsetu. Następny pan też się zdenerwował – jakby to rzec, jego praca tymczasowo poszła na marne. Gorset zwęził o 10 centymetrów, ściął znienawidzoną, górną część i poczułam się jak nowo narodzona.

… Na jakiś czas.

 

Mam pytanie do tych, którzy przeszli operację. Czy ból po obudzeniu się nie był koszmarny? Przecież krzywy kręgosłup jest nagle prostowany. Cierpienie musi być niewyobrażalne. Ile to trwa? Miesiąc?

Zastanówcie się więc ci, którzy stoją przed dylematem. I tak czeka Was ból. Ciało do gorsetu się przyzwyczai. O tyle, że po operacji nie macie wyjścia i ucieczki od bólu; gorset zawsze możecie zdjąć i cisnąć w kąt…

Kolejna część moich przeżyć

… Lub możesz czytać wszystko po kolei, używając paska nawigacji poniżej 🙂

Oryginalna treść wpisu z kwietnia 2008 roku
Pierwszego czerwca 2007 na Dzień Dziecka dostałam niewątpliwie najbardziej dziwaczny prezent.
Dzień należał do tych jednych z najbardziej upalnych czerwcowych. Powietrze wewnątrz przedziału było rozgrzane, żar aż dławił w gardle. Myślałam, że się usmażę albo przykleję do siedzenia, a potem roztopię na kształt surowego naleśnika. Dodatkowo pociąg wlókł się w ślimaczym tempie… Mimo to wykrzesałam z siebie entuzjazm i z ożywieniem rozprawiałam z mamą o czekającym mnie przełomie w życiu. Wiedziałam już, że gorset nosi się 23 godziny na dobę, byłam kilka razy na ćwiczeniach rehabilitacyjnych, za jeszcze kilka zajęć miałam ćwiczyć sama w domu. Oglądałam swoje zdjęcie, trochę niemile „zaskoczona” wyglądem kręgosłupa. Mam skoliozę piersiowo-lędźwiową, w kształcie litery „C”.
Dopiero po wizycie u ortopedy naprawdę dostrzegłam swoją wadę. Okropny garb po prawej stronie pleców, kilkucentymetrową asymetrię barków, żebra wystające z jednej strony o dobre kilka centymetrów przeciwnie do garba i wystające łopatki. Tułów przechylał mi się w prawo- gdyby tak przyłożyć kątomierz i odmierzyć kąt od pionu- o jakieś 40-50 stopni, zaś lewa noga uciekała w bok o prawie drugie tyle. Prawego obojczyka nie było widać, zaś lewy koszmarnie wystawał. To jeszcze tylko bardziej mnie motywowało do działania.
Pierwszy raz, jak założyłam gorset i dociągnięto mi paski, dosłownie zaparło mi dech w piersi i nie umiałam nabrać powietrza. To w tym da się w ogóle poruszać?- przemknęło mi przez myśl. Nie umiałam sobie wyobrazić funkcjonowania w takim czymś. Pan dokonał jeszcze małych zmian i poradził, żebym nie zakładała gorsetu na drogę, bo się za bardzo umęczę- wszystko w domu, na spokojnie.
Mimo niemiłego pierwszego wrażenia całą drogę trajkotałam jak najęta. Mówiłam o gorsecie „przyjaciel”, a ludzie zerkali na to dziwactwo w reklamówce ze zdumieniem. Taak, wydawało mi się to sielanką…
W domu już po kilkudziesięciu minutach od przyodziania gorsetu dotarło do mnie, że wcale nie będzie tak kolorowo. Dosłownie wżynał się w pachy, ocierając skórę. Czułam się, jakbym połknęła kij od miotły i nałożono mi gorset nie plastikowy, a co 3-miesięczny, gipsowy. Z pewnością wszyscy tak pisali o swoich cielesnych przyjaciołach: twardy, niewygodny, potwór, zmuszający ciało do kapitulacji.
Już tego samego dnia wyszłam z koleżanką. Ubrałam się grubo, bo powietrze ochłodziło się na wieczór, więc mogłam jakoś siebie zataić. Nic nie zauważyła, choć mnie się zdawało, że poruszałam się z gracją sparaliżowanej kaczki. Dopiero potem jakoś zapytała, czy już mam gorset. Przeraziła się, gdy go pokazałam.
Pierwsze tygodnie należały do okropnych. Chodząc, płakałam z bólu. Kręgosłup dawał mi się we znaki co najmniej kilkanaście razy silniej niż przez włożeniem gorsetu. Pachy miałam wręcz poparzone, gdzie nie gdzie otarte do krwi. Z ulgą przyjmowałam ćwiczenia albo mycie się. Dałam radę, choć nawet mama zaczęła się zastanawiać, czy oby na pewno tak powinno być. Nie zadzwoniłam do lekarza, ani na sekundę nie zdjęłam przyjaciela.
W szkole dziewczyny również się przeraziły. Jedna wysnuła tezę, że bardzo schudłam, a to po prostu gorset mnie tak ścisnął. Cieszyłam się, że dobiegał koniec roku- podczas siedzenia strasznie bolały mnie plecy. Ogólnie, czułam się jak po brutalnym pobiciu i w trakcie bicia.
W wakacje wyjechałam z koleżanką. Z czterech wytrzymałam tylko 2 tygodnie. Dobiło mnie, że nie mogłam się kąpać w basenie, musiałam prosić o zakładanie butów, no i całe ciało pokryły mi poparzenia (jak w ponad 30-stopniowym upale trzeba mieć koszulkę, gorset i jeszcze koszulkę to nic dziwnego).
Strasznie schudłam, przez co przez 2 miesiące chodziłam w za luźnym gorsecie. Aż wstyd przyznać, ale popadałam w anoreksję, co mój przyjaciel niestety skutecznie zatajał. Dopiero wizyta w połowie sierpnia mną potrząsnęła. Ortopeda krzyczał, że nie noszę gorsetu, co to ma być i w ogóle- a ja po prostu nie umiałam nabrać powietrza tak, żeby to było widać! Z mojej własnej, nieprzymuszonej winy.
Pod koniec sierpnia dostałam nowy zestaw ćwiczeń i zrobiono mi RTG, tyle że pan rehabilitant już nie zdążył go zobaczyć i bazował na poprzednim. Ucieszyłam się, widząc, że na zdjęciu w gorsecie kręgosłup jest o wiele, o wiele prostszy. Odpalił mój motorek do mojego działania.
Po trzech miesiącach wreszcie nadszedł moment skrócenia gorsetu. Następny pan też się zdenerwował- jakby to rzec, jego praca tymczasowo poszła na marne. Gorset zwęził o 10 centymetrów, ściął znienawidzoną, górną część i poczułam się jak nowo narodzona.
… Na jakiś czas.

Dodaj komentarz