Podróż po wpisach. Moja historia (1)

moja historia podróż po wpisach

Oficjalnie moja przygoda ze skoliozą zaczęła się, kiedy miałam ponad 8 lat.

W tym, że pamiętam tamten dzień dość wyraźnie, ale nie nadzwyczajnie, jak to z dzieciństwem bywa, muszę uwierzyć sobie sprzed 10-ciu lat. Teraz kompletnie nie pamiętam ani tego dnia, ani tym bardziej tego, że świeciło słońce, ptaki świergotały, ogółem, nic nie zwiastowało, by nadchodząca wizyta u ortopedy miała przynieść coś złego. Najpewniej i wtedy nie pamiętałam takich szczegółów, a napisałam to dla ubarwienia tekstu.
Mama zabrała mnie do lekarza, ponieważ po zielonej szkole (taka wycieczka w podstawówce; nawet nie wiem, czy dalej się odbywają) bardzo urosłam, bo aż o jakieś 7 czy 8 cm i zauważyła u mnie płaskostopie. Lekarz dał mi skierowanie na RTG i pamiętam, jak po zobaczeniu zdjęcia mama bardzo się przejęła, ba, wręcz rozgniewała. Dzisiaj twierdzi, że absolutnie tego nie pamięta.
Ortopeda zalecił mi pływanie, to pływać zaczęłam. Pływałam, pływałam, pływałam… Początkowo korekcyjnie, potem już zawodowo; a to sukces w zawodach, a to pochwały za pamiętną wygraną w 50-metrowym dystansie stylem motylkowym, ciągłe zwycięstwa w podstawówce… Czyli, może nie jednym słowem, ale na pływanie i korekcję nie narzekałam :).

Dopiero w gimnazjum, w wakacje uświadomiłam sobie, że coś jest nie w porządku. Akurat byłam z koleżanką na basenie i poddałam oględzinom swój cień na chodniku. Byłam już w takim wieku, że odczułam zaciekawienie swoim wcięciem w talii, że no, całkiem, całkiem… I zaraz zbladłam, jak dostrzegłam wcięcie po prawej stronie, a właściwie jego nieomal brak. Jednak, cóż, czy ja mogłam coś podejrzewać? Przecież tyle pływałam!

Kolejny rok szkolny zleciał, nie myślałam o kręgosłupie. Aż do kolejnych wakacji. Płaskostopie doskwierało coraz bardziej; mimo upałów nie mogłam nosić sandałów. Znaczy, oczywiście, mogłam, ale się wstydziłam swojej koślawej stopy.
Zaczynały krępować mnie jazdy na rowerze. Wyczuwałam palcami, że mam garb po prawej stronie pleców i gdy koleżanka jechała za mną, czułam się niezręcznie. Ale wciąż nie przychodziło mi do głowy, że coś mogłoby być nie w porządku.

W międzyczasie leczyłam się u… ee, specjalistów. Najpierw lekarz wyrzucił mnie z poradni, bo nie chodziłam na ćwiczenia ogólnorozwojowe, gdyż mama nawet mnie na nie wysłała. „Bardziej szkodzą, niż leczą”. Następny specjalista: zero efektów. Jeszcze kolejny, prywaciarz, robił mi jakieś masaże, coś przestawiał w kościach, wstawałam i byłam prosta. Elegancko! Takiemu to się wierzyło. Dał mi dwa ćwiczenia po bodajże 15 powtórzeń, więc ćwiczyłam. Kiedy nie pomagały, mama zaczęła nalegać na sanatorium. Odparł na to ze swoim, dziś powiem, budzącym mdłości, przesłodzonym, kretyńskim uśmiechem:
– Ależ to jest niekonieczne! Ćwicz, co ci zaleciłem, a takie drobne skrzywienie odejdzie w zapomnienie!

10 lat temu napisałam „uwierzyłam mu. Brał dużo za wizytę. Musiał być dobry.” Oczywistym jest, że uwierzyła mu – bądź dała się tymczasowo udobruchać – moja mama.

Nadeszła druga klasa gimnazjum. W wakacje schudłam parę kilogramów (znów, pierwotna wersja: „poleciało parę kilo, wiadomo”. Czuję się zobligowana to jakoś skomentować, bo wcale nie tak wiadomo, bo ja jakimś cudem w lato akurat kilogramy nabywam, a w zimę je gubię. Jakim cudem?). Pojawiły mi się bóle kręgosłupa. Składałam to na ciężar torby – nieraz książki trzeba było dosłownie upchać (bynajmniej nie kolanem, jak kiedyś napisałam; to takie… oklepane i banalne zobrazowanie), zaś podczas półgodzinnej drogi do szkoły jej pasek boleśnie wżynał mi się w ramię. Ale, co tam, to normalne, skoro tyle nam ładują podręczników, prawda?, pocieszałam się.
Bo wiemy, że w wieku dojrzewania każdy chce być normalny, jak inni, a nie kaleką niezdolną nawet nosić książek do szkoły, biedakiem, który musi o nie żebrać od kolegów.

Godziny spędzane przed komputerem, pływanie zaniedbane z powodu problemów zdrowotnych, gips na nodze po nowym roku, zwolnienie z lekcji wf-u – wszystko to było klockami budującymi katastrofę. Zniechęciłam się, przestałam wykonywać ćwiczenia, bo skrzywienie wcale się nie cofało, wręcz zdawało się pogłębiać. Potem rozpoczęły się moje problemy z krążeniem. Pojechałam do szpitala, a tam zdjęcie RTG „wykazało” (jakby nie było go widać) mi skrzywienie kręgosłupa i łamano sobie głowę nad tym, czy ja oby tych zaburzeń nie mam przez ucisk na żyły czy coś. A ja uparcie powtarzałam, jak jakiś upiorny refren: „Bardzo dużo pływam, bardzo dużo ruchu, dbam o to, gdzie tam krzywy kręgosłup”.

Gwoli ścisłości, problemy z krążeniem nie były związane z kręgosłupem, a ujawniły się po zdjęciu gipsu. Był to zespół Raynauda. Moja mama niedawno natknęła się na teorię, że jego wystąpienie poprzedza chorobę Leśniowskiego-Crohna… Błogosławieństwo, że wtedy nie wiedziałam o czekającym mnie koszmarze.
Palce u stóp oraz rąk mi puchły, przecinały je niedające się goić rany oraz strupy. Tak po prawdzie, mogłaby mi z nich zejść i cała skóra, byle zniknął t a m t e n świąd.
Kiedy teraz wspominam sobie tamte lata, czuję się, jakbym pogrążała się w otchłani zgrozy.
Najlepiej opisze je stwierdzenie – które teraz wyrażę głośno i wprost – że w czasie napadów, zasmarkana i zapłakana, kuląc się na podłodze łazienki, naprawdę, szczerze zamierzałam odrąbać sobie wszystkie te palce nożem. I poczułabym ulgę.
Ciężko to nazwać czynnikiem mobilizującym do zmagań ze skoliozą.
Zresztą, zaburzenia krążenia miewam do dziś, na zmianę pogody. Taki osobliwy barometr :).

Później wcale się nie poprawiło. Ból stale się nasilał. Ostry, przeszywający, zlokalizowany tuż po lewej stronie żeber, jakby ktoś dźgał mnie nożem albo kleszczami usiłował wyrwać mięsień. Nieraz wracałam ze szkoły z łzami w oczach. Pewnego dnia, gdzieś koło marca czy kwietnia 2007 roku, szala się przeważyła.

Już w pierwszych klasach podstawówki koleżanki pytały się mnie, czy ja mam naprawdę tak krzywy kręgosłup, że aż “wypycha mi tyłek”. Była to nadmierna lordoza lędźwiowa. Pewnego pięknego dnia 2007 roku, co pamiętam do dziś wyraźnie w każdym szczególe, jakieś dzieci bawiły się na końcu uliczki, obok której przechodziłam. Dziewczynka, może 8-letnia, wskazała mnie palcem i zaczęła przedrzeźniać. Wygięła kręgosłup w kaczy kuperek i demonstracyjnie przeszła kawałek, powłócząc nogami i rechocząc wniebogłosy, a ja chciałam zapaść się pod ziemię. Czułam się upokorzona, zdruzgotana, a nade wszystko bezbrzeżnie smutna.
Po powrocie do domu postawiłam mamie ultimatum: ja muszę iść do lekarza, porządnego lekarza, dłużej nie wytrzymam!

Obie nie zdawałyśmy sobie sprawy z wagi problemu.

Tym razem udałyśmy się do ortopedy w innym mieście, ponoć bardzo dobrego. Na wstępie, jak się tylko rozebrałam i wykonałam skłon, zawołał, gdzie ja się podziewałam przez tyle lat.
… No, leczyłam się.
Pomimo TK w szpitalu miałam kolejne RTG. Nie widziałam go, mama odebrała je w swoim szpitalu i od razu poszła do ortopedy.

Nigdy nie zapomnę chwili, jak wróciła i z niecierpliwością zapytałam ją o wizytę. Pragnęłam z całych sił już zacząć coś ze sobą robić. Mama westchnęła i rzekła z rezygnacją:
– Już przed zdjęciem powiedział mi, że wyjściem jest tylko gorset albo operacja, ale nie chciałam ci o tym mówić, bo myślałam, że zdjęcie wykaże inaczej. Teraz wszystko jasne. Masz 38 i pół stopnia skrzywienia z rotacją.
Wtedy nie wiedziałam, co to oznacza. A nawet gdybym wiedziała, nawet by do mnie nie dotarło, tak jak bodaj wszystko, co znalazło się po „operacja”.
Byłam przerażona.

Zamieszczając poniższy oryginalny tekst, uderzyła mnie jedna rzecz. Nie mam dokładnej daty, kiedy go napisałam i opublikowałam, jednak było to w kwietniu 2008 roku. Może nawet równe, co do dnia, 10 lat temu? 😮

Kolejna część moich przeżyć

… Lub możesz czytać wszystko po kolei, używając paska nawigacji poniżej 🙂

Dla zainteresowanych - oryginalny tekst wpisu z kwietnia 2008 roku (jestem mile zaskoczona, bo niewiele przeprawiałam :))
Oficjalnie moja przygoda ze skoliozą zaczęła się, kiedy miałam ponad 8 lat.
Pamiętam tamten dzień dość wyraźnie, ale nie nadzwyczajnie, jak to z dzieciństwem bywa. Świeciło słońce, ptaki świergotały, ogółem, nic nie zwiastowało, by nadchodząca wizyta u ortopedy miała przynieść coś złego.
Mama zabrała mnie do lekarza, ponieważ po zielonej szkole (wiecie, taka wycieczka w podstawówce) bardzo śmignęłam w górę, o jakieś 7 czy 8 cm. Mama zauważyła u mnie płaskostopie. Lekarz dał mi skierowanie na RTG i pamiętam, jak po zobaczeniu zdjęcia mama bardzo się przejęła, ba, wręcz rozgniewała. Dzisiaj twierdzi, że absolutnie tego nie pamięta.
Ortopeda zalecił mi pływanie, to pływać zaczęłam. Pływałam, pływałam, pływałam… Początkowo korekcyjnie, potem już zawodowo; a to sukces w zawodach, a to pochwały za pamiętną wygraną w 50-metrowym dystansie stylem motylkowym, ciągłe zwycięstwa w podstawówce… Czyli, może nie jednym słowem, ale na pływanie i korekcję nie narzekałam :).
Dopiero w gimnazjum sobie uświadomiłam, że heloł!, coś tu nie grało. Początek przypadł na wakacje. Jeździłam z koleżanką na basen i jakoś zauważyłam swój cień na chodniku. Pomyślałam, że nie mam aż takiej złej talii, ale nieco zbladłam, jak dostrzegłam wcięcie po prawej stronie, a właściwie jego nieomal brak. Jednak, cóż, czy ja mogłam coś podejrzewać? Przecież tyle pływałam!
Kolejny rok szkolny zleciał, nie myślałam o kręgosłupie. Aż do wakacji. Wkurzało mnie płaskostopie: słońce waliło z siłą tarana bądź cuchnących jak piżmo perfum co po niektórych dziewcząt używających ich chyba w roli skunksiej wydzieliny, a ja nie mogłam nosić sandałów, bo nogę miałam koślawą niczym niedorobiony kaczor. Trochę zaczynały krępować mnie jazdy na rowerze. Wyczuwałam palcami, że mam garb po prawej stronie pleców i gdy koleżanka jechała za mną, czułam się niezręcznie. Ale wciąż nie przychodziło mi do głowy, że coś mogłoby być nie w porządku.
Jakim człowiek potrafi być głupolem, co nie?
W międzyczasie leczyłam się u… Ekhem, specjalistów. Najpierw lekarz wyrzucił mnie z poradni, bo nie chodziłam na ćwiczenia ogólnorozwojowe, gdyż mama mi je odradziła. „Bardziej szkodzą, niż leczą”. Następny specjalista: zero efektów. Jeszcze kolejny, prywaciarz, robił mi jakieś masaże, przestawiał coś w tych kościach, wstawałam i byłam prosta. Elegancko! Takiemu to się wierzyło. Dał mi dwa ćwiczenia po bodajże 15 powtórzeń, więc ćwiczyłam. Kiedy nie pomagały, poprosiłam go o sanatorium. Odparł mi ze swoim, dziś powiem, budzącym mdłości, przesłodzonym, kretyńskim uśmiechem:
– Ależ to jest niekonieczne! Ćwicz, co ci zaleciłem, a takie drobne skrzywienie odejdzie w zapomnienie!
Uwierzyłam mu. Brał dużo za wizytę. Musiał być dobry.
Nadeszła druga gimnazjum. W wakacje poleciało parę kilo, wiadomo. Pojawiły mi się bóle kręgosłupa. Składałam to na ciężar torby- niekiedy książki upychałam kolanem, zaś podczas pół godzinnej drogi do szkoły jej pasek boleśnie wżynał mi się w ramię. Ale, co tam, to normalne, skoro tyle nam ładują podręczników, prawda?- pocieszałam się.
Godziny spędzane przed komputerem, pływanie zaniedbane z powodu problemów zdrowotnych, gips na nodze po nowym roku, zwolnienie z lekcji wf-u. Zniechęciłam się, przestałam wykonywać ćwiczenia, bo skrzywienie wcale się nie cofało, wręcz zdawało się pogłębiać. Potem rozpoczęły się moje problemy z krążeniem. Pojechałam do szpitala, a tam zdjęcie RTG „wykazało” (jakby nie było go widać) mi skrzywienie kręgosłupa i lekarki traktowały mnie jak świra, czy ja oby tych zaburzeń nie mam przez ucisk na żyły czy cóś (ale nie, nie, okazało się, że to zupełnie odrębna sprawa), ale ja uparcie powtarzałam jak jakiś upiorny refren: „Bardzo dużo pływam, bardzo dużo ruchu, gdzie tam kręgosłup”.
Później wcale się nie poprawiło. Ból stale się nasilał. Ostry, przeszywający, zlokalizowany tuż po lewej stronie żeber, jakby ktoś dźgał mnie nożem albo kleszczami usiłował wyrwać mięsień. Nieraz wracałam ze szkoły z łzami w oczach. Pewnego dnia, gdzieś koło marca czy kwietnia 2007 roku, nie wytrzymałam.
Już w pierwszych klasach podstawówki koleżanki pytały się mnie, czy ja mam naprawdę tak krzywy kręgosłup, że aż “wypycha mi tyłek”. Nadmierna lordoza lędźwiowa. Pewnego pięknego dnia 2007 roku jakieś dzieci bawiły się na końcu uliczki, obok której przechodziłam. Dziewczynka, może 8-letnia, wskazała mnie palcem i zaczęła przedrzeźniać. Wygięła kręgosłup w kaczy kuperek i demonstracyjnie przeszła kawałek, powłócząc nogami i rechocząc wniebogłosy, a ja chciałam zapaść się pod ziemię. Czułam się upokorzona, a nade wszystko cholernie smutna.
Szala się przeważyła. Postawiłam przed mamą sytuację: ja muszę iść do lekarza, porządnego lekarza, dłużej nie wytrzymam! Obie nie zdawałyśmy sobie sprawy z wagi problemu.
Tym razem udałyśmy się do ortopedy w innym mieście, ponoć bardzo dobrego. Na wstępie, jak się tylko rozebrałam i wykonałam skłon, zawołał, gdzie ja się podziewałam przez tyle lat.
… Leczyłam się, no.
Pomimo zdjęcia i TK w szpitalu miałam kolejne RTG. Nie widziałam go, mama odebrała je w swoim szpitalu i od razu poszła do ortopedy.
Nigdy nie zapomnę chwili, jak wróciła i z niecierpliwością zapytałam ją o wizytę. Pragnęłam z całych sił już zacząć coś ze sobą robić. Mama westchnęła i rzekła z rezygnacją:
– Już przed zdjęciem powiedział mi, że wyjściem jest tylko gorset albo operacja, ale nie chciałam ci o tym mówić, bo myślałam, że zdjęcie wykaże inaczej. Teraz wszystko jasne. Masz 38 i pół stopnia skrzywienia z rotacją.
Wtedy nie wiedziałam, co to wszystko oznacza. Byłam przerażona.

 

Dodaj komentarz