Podróż po wpisach. Maj 2008.

podróż po wpisach

Jeśli jesteś tu po raz pierwszy, serdecznie zapraszam Cię do rozpoczęcia od strony o mnie , a następnie od tego posta.

15 maja 2008, a więc blisko rok od założenia gorsetu, czekała mnie kontrolna wizyta.

Drżałam przed nią ze strachu.

Mianowicie, już rok temu mój wiek kostny wynosił TH-3. TH-5 już właściwie oznacza koniec wzrostu kości.
… Rok temu! Rok to mnóstwo czasu!

Jeśli miałabym TH-4, och, pół biedy, mogłabym się jeszcze wyprostować o jakieś 5 stopni, które, tak po prawdzie, już wcale mnie nie cieszyły. To było mało. Koszmarnie za mało.
Jeśli jednak miałabym już TH-5… Myśli o tym, że miałabym poprzestać na tym, co dotąd osiągnęłam, było jak pogrążanie się w otchłani.

Jakimś cudem nie myślałam o tym przez cały rok. Aż do wtedy.

A na wizycie mój lekarz był bardzo tajemniczy.
Przy oglądaniu mnie, na dociekliwe pytania w końcu odparł, że, no, kosmetycznie jest elegancko i że barki, talia “prezentują się nieźle”. Zerkałam w lustro z tyłu i na widok swojej nadmiernej lordozy jakoś nie chciało mi się w to wierzyć.

Moja mama naciskała, czy możliwa jest jeszcze większa poprawa. Odparł, że wymaga ona tego, czego on nie może jej powiedzieć. Zarzekał się przy tym, że na ostatniej wizycie wcale nie powiedział, że nie będzie poprawy, tylko że “nie musi być”.
Mimo to był bodaj zdziwiony, że chciałabym większą korektę. Widać, uznał, że dążę do bycia prościutką. Przyznałyśmy z mamą, że na to nie liczymy, ale na więcej, czemu nie?
Tak po prawdzie, to na to właśnie liczyłam. Nierealne i nie do pomyślenia dla mnie było, że miałabym zostać krzywa.
W myślach posępnie łypałam na mojego ortopedę, zła, że jest to dla niego takie dziwne. Że to nie jest oczywiste.
Wiedziałam wtedy trochę o skoliozie, ale czytane informacje opływały mnie jak rzeka kamień. Tak, tak, przy większych skrzywieniach następuje deformacja kręgów. Nijak jednak nie odnosiłam tego do siebie.

Przy okazji zapytałam ortopedę, czy po tak długim czasie możliwe są u mnie co jakiś czas nasilające się bóle pleców, identyczne jak na początku leczenia. Ja wiem, czy się zaniepokoił, zmieszał – w każdym razie przez chwilę nie odpowiadał.
Ponagliłam go, że jak ja mam wysiadywać w szkole. Albo że o obejrzeniu z przyjemnością, bo bez bólu, filmu też nie mogłam myśleć.
Wreszcie przekazał mi, że nie mogę zbyt długo siedzieć.
Na co rzeczowo mu odparłam, że do szkoły chodzić muszę.

Teraz nie jestem negatywnie do niego nastawiona. To było kilkanaście lat temu i wtedy leczenie skoliozy niekiedy przypominało błądzenie we mgle. Po dziś dzień tak czasami jest.
I dziś rozumiem, że nie tylko ja walczyłam ze skoliozą, ale i ona ze mną. Na każdy mój krok w przód ona biegła za mną z uporem dorównującym mojemu.

Wizyta wiązała się z kontrolnym zdjęciem RTG, które miało być ukoronowaniem walki, jaką wypowiedziałam nie tylko sobie, ale mojemu ortopedzie.
Otrzymawszy je, usiadłam, porównałam je z poprzednim i – poczułam się, jak coś się we mnie burzy. Nie złość; ale jakbym fizycznie się burzyła, rozpadała i zapadała.

Oba zdjęcia były takie same.

A tak się starałam.
Ja już nie miałam w sobie więcej motywacji i sił, by wytężyć się jeszcze bardziej.
Ja dałam z siebie wszystko, a nie otrzymałam nic w zamian.

Wtedy nie tyle zaczęło to mnie docierać, co ja zaczęłam to do siebie dopuszczać.
Miałam pozostać krzywa.
W momencie miałam dość zasranych nerwobóli międzyżebrowych, zasranego bólu pleców, zasranych nacieków od gorsetu, zasranego płaskostopia, co mi deformowało buty, zasranego garba, zasranego, zjeżdżającego w bok biodra.
10 lat temu wymieniłam też zasrane zwyrodnienia kości. O ile mi dziś wiadomo, żadnych takich tak nie mam, jak nie miałam :).

Siedząc tak ze zwieszoną głową nad obydwoma zdjęciami, przestał mnie obchodzić werdykt, jaki ortopeda wyda na podstawie RTG. Tak właściwie to mściwie marzyłam, abym już osiągnęła dojrzałość kostną i wreszcie miała święty spokój.

Moja mama sama zaszła do ortopedy z nowym zdjęciem. Wiadomości, jakie przyniosła, mimo mojego wcześniejszego buntu, były co bądź kojące. Serce zabiło mi szybciej i w mig puściłam w niepamięć swoje załamanie.
Mój wiek kostny wynosił TH-3 z jakby połówką, wchodzący w TH-4. Zarosły mi się chrząstki tylko na jednym biodrze, czemu zawdzięczałam jeszcze trochę czasu na pracę (swoją drogą, wczoraj natknęłam się na artykuł, w którym opisywana 14-latka miała wiek kostny 1 wg Risser’a).
Poczułam nowy przypływ sił. Wiedziałam, że wystaram się o więcej, choćby nie wiem co. Nie zamierzałam pogodzić się z faktem, że zostanie mi garb. Nie zamierzałam, co więcej, z tym garbem zostać.

Ze zdjęcia wynikło też, że moje skrzywienie wynosiło 29*. Aczkolwiek, było bardziej rzetelne niż poprzednie, bo nie miałam go zrobionego zaraz po zdjęciu gorsetu.

Zresztą, same stopnie nie odgrywały głównej roli w moim skrzywieniu. Najgorsza była rotacja. Mój ortopeda, ten tajemniczy ortopeda, w końcu odsłonił przede mną ten fakt, że miałam mocno skręcony kręgosłup i że dlatego moja skolioza była tak zdradziecka i problematyczna. A mój ewentualny sukces miał zależeć od tego, czy uda mi się go nieco odkręcić.

Co najważniejsze, jeśli dobrze, naprawdę dobrze by poszło i osiągnęłabym dojrzałość kostną, to być może pod koniec roku zaczęłabym wychodzić z gorsetu (co miesiąc godzinę krócej).

Wcześniej o tym marzyłam, wtedy – nie chciałam o tym słyszeć. Kiedy jeszcze na wizycie pan powiedział mi w twarz:
– Być może już od teraz zaczniemy odstawiać gorset.
Zrobiło mi się dziwnie słabo. Zawsze jakoś ten gorset utożsamiałam z szansą poprawy… Wychodzenie z niego oznaczałoby zawieszenie broni.
W chwilach, kiedy go nie nosiłam, czułam, że nie umiem się bez niego poruszać, jakbym była zbudowana z luźno związanych patyków.

Poczuwszy ten nóż na gardle, że to być może ostatnie chwile na poprawę, aż się trzęsłam, mobilizując się, by przez pół roku, do kolejnego zdjęcia RTG, dać z siebie absolutnie wszystko.

Jak się okazało, nosiłam potem gorset jeszcze długo, bo przez kolejne 5 lat.

Mama wyznała mi, że zdradziła ortopedzie, że 3 miesiące wcześniej się przez niego załamałam (wtedy powiedział mi pamiętne “nie będzie już poprawy”), a potem zaczęłam wyzywać, i uznałam, że ja się tak łatwo nie poddam.
Ostrzegła go, że mimo tego TH-4 ja mu jeszcze pokażę.
Na co on, ponoć z uśmiechem, zezwolił, żebym mu pokazała.

Teraz wiem, że on naprawdę we mnie wierzył, a na pewno – zaczynał.

***

Czytając te swoje wpisy, w pewnym momencie zmarszczyłam brwi, przescrollowałam kawałek wyżej i przeczytałam to jeszcze raz:
„TH-5 już właściwie oznacza koniec wzrostu kości”. I “tak właściwie to mściwie marzyłam, abym już osiągnęła dojrzałość kostną i wreszcie miała święty spokój.” Przy czym to drugie dopisałam dzisiaj, z premedytacją, dla zwiększenia efektu.

Nie to mnie zastanowiło, a czy po osiągnięciu dojrzałości kostnej jest szansa na poprawę skrzywienia. I – czy skolioza faktycznie się wtedy zatrzymuje. Kojarzyłam, że tak się ponoć dzieje.
Jestem już jednak znacznie starsza, uzbrojona w rozum, gromadzoną wiedzę oraz internet.
Więc – sprawdziłam.

To, co znalazłam, jest zarazem straszne i wspaniałe.

Straszne, bo informacja, jakoby moment zakończenia wzrostu był granicą, po przekroczeniu której nic złego nie może się stać, jest zwyczajnie zdradziecka i często kłamliwa.
Wspaniałe, bo są dowody na to, że i w dorosłym wieku nie wszystko stracone.

A ja – się z Wami tymi znaleziskami podzielę :). Już teraz zapraszam na jutrzejrzy wpis!

Oryginalna treść scalonych wpisów z maja 2008 roku
Do tematu, mamie udało się podejść do ortopedy i już wszystko wiem. Na szczęście mam wiek kostny, no, ciężko rzec, na pewno TH-3 z połówką, wchodzący w TH-4. Czyli nastawiłam się na wspomnianą przeze mnie 5-stopniową korektę, która mogę sobie wsadzić w, ekhem [tu wstaw jakiś kwiecisty eufemizm], ale i tak uznałam, że mnie takie coś nie zadowoli i postaram się o więcej. Boże, jaka ja jestem głupia i naiwna. Zawsze wymagam od samej siebie więcej, niż jestem w stanie mieć, choćbym stanęła na rzęsach, odśpiewała od tyłu, satanistycznie, piosenkę Led’a Zeppelin’a i udało mi się polizać własny łokieć. Ale ja po prostu nie mogę i nie pogodzę się z faktem, że zostanie mi ten *XYZ* garb >>”.
Mam skrzywienie 29 stopni, czyli się nie pomyliłam. Ale to zdjęcie jest bardziej rzetelne niż poprzednie, bo nie wskoczyłam do RTG zaraz po wyjściu z gorsetu, nieee, panie obsługujące aparaturę zadbały, żebym stała sobie roznegliżowana na tym podeście, jak na celowniku, a one się wykłócały, mmm!… I się w ogóle nie starałam, żeby było prosto- a pan lekarz od razu to zczaił, skubany ;P.
Zarosły mi się chrząstki tylko na jednym biodrze, czemu zawdzięczam jeszcze trochę czasu na pracę. Doceniam to, że fizycznie tak wolno dojrzewam.
Ach, najważniejsze. Jeśli dobrze, naprawdę dobrze pójdzie i się mi kości zarosną, to być może pod koniec roku zacznę wychodzić z gorsetu (co miesiąc godzinę krócej). Wcześniej o tym marzyłam, teraz- nie chcę o tym słyszeć. Kiedy jeszcze na wizycie pan powiedział mi w twarz “Być może już od teraz zaczniemy odstawiać gorset”, zrobiło mi się dziwnie słabo. Zawsze jakoś ten gorset utożsamiałam z szansą poprawy… Ja nie umiem bez niego chodzić. Nie chcę się rozstawać. Ręce mi latają, nogi się plączą, czuję się jak ścierka x_Ó.
Brr. Czeka mnie pół roku arcy-ultra-mega-hiper wytężonego wysiłku. Ja muszę, m u s z ę!
Więc niech pan rehabilitant drży na moją wizytę, bo jak mu zastosuję szantaż psychiczny i zrobię z mózgu nawet nie wodę, a sraczkowaty kogiel-mogiel, to potem będę żałować w pocie czoła, że jednak nie pozostałam przy lżejszych ćwiczeniach “xD.
W ogóle, mam zdradziła ortopedzie, że 3 miesiące temu się przez niego załamałam (wtedy powiedział mi pamiętne “nie będzie już poprawy”), a potem zaczęłam wyzywać, przewkurzyłam się i uznałam, że mu pokażę. Okazało się, że rozumie, że nie wystarcza dla mnie taka korekta itd…. A najlepsze jest to, że mama stwierdziła, że pomimo tego TH-4 mu pokażę- a on, ponoć z uśmiechem, zezwolił, żebym mu pokazała. Teraz tym bardziej nie mogę zawieść!
(Zresztą, co mi tam po nim, robię to dla siebie.)
Tak optymistycznie bym skończyła, ale odniosę się do komentarza mojego bardziej joł-niż-elo ziomala, Izy *O*:
2 stopnie to właściwie gówno. Sama granica błędu pomiarowego to ok. 1 cm, czyli 5-10 stopni. Tzn, że zamiast faktycznych 30-stu mogę mieć góra 40* albo 20*, albo jeszcze inaczej ;>.
U mnie stopnie zresztą nie grają super roli, gorsza jest rotacja… Skrzywienie już nie takie duże z klinicznego punktu widzenia, ale sam ortopeda przyznał, ten tajemniczy facet, że mam mocno skręcony kręgosłup. I właśnie od tego, czy uda mi się to nieco odkręcić, wszystko zależy. A to jest, kurka wodna, chyba niewykonalne >>.
Dziękuję za komentarze tych, którzy wytrwale czytają mojego bloga- jestem Wam dozgonnie wdzięczna <3.

Dodaj komentarz