Podróż po wpisach. Lipiec 2009. Oraz jak wyleczyłam się z Leśniowskiego-Crohna.

moja historia podróż po wpisach

“W szpitalu wylądowałam przez jakieś dziwne, nagłe problemy z brzuchem. Wyszedł ostry stan zapalny i podejrzanie brzmiące “nadżerki”, ciekawe, skąd to… Tak czy siak, pobyt był niemiły i nie chcę go wspominać zbyt często :)”

Odsuńmy tę zasłonkę zakrywającą zejście do piekła.
Dziś bowiem, moi drodzy, tam właśnie zabiorę Was na przechadzkę.

Jeśli jesteś tu po raz pierwszy, serdecznie zapraszam Cię do rozpoczęcia od strony o mnie , a następnie od tego posta.

***

Były wakacje 2009 roku, a dzień upalny, słoneczny, piękny.

Jechałam autobusem, w doskonałym nastroju i z przyjemnością słuchałam muzyki, dziarsko rozglądając się wokoło. I nagle się to stało.
Dopadło mnie specyficzne, acz choćby znajome uczucie. Migrena, skojarzyłam.
Poczułam się nierealnie, jakbym wyciekała z samej siebie; wszystko zaczęło wirować i się oddalać, a zarazem przybliżać, wszystko jaskrawe, głośne, bolesne. Aż sama czułam, jak błyskawicznie blednę, jakby krew odchodziła z całego mojego ciała. Widziałam, że kobieta siedząca na wprost mnie wpatruje się we mnie badawczo, choć tępo zawiesiłam wzrok w jakimś punkcie hen, za nią.

W pociągu wzięłam dwie tabletki ibupromu max i na szczęście ból zelżał, a ja stopniowo poczułam się lepiej. Odczułam ulgę. Miałam nieprzyjemność poznać migrenę parę lat wcześniej. Na treningu sekcji pływackiej zaczęłam czuć się dziwnie a słabo, a czepek zdawał się zaciskać na mojej głowie. Po powrocie do domu zmógł mnie ten koszmarny ból głowy i przez parę godzin leżałam na łóżku, niezdolna się poruszyć, a każdy bodziec – błysk światła, głos z sąsiedniego pokoju, dotyk szorstkiej narzuty na ciele – zadawał ból.

Tym bardziej więc cieszyłam się, że udało mi się tego uniknąć.
Tak w każdym razie myślałam.

W domu podczas wykonywania rehabilitujących ćwiczeń strasznie bolały mnie mięśnie pleców oraz karku. Do tego paliła mnie twarz. Na dworze panował upał, więc tak to sobie tłumaczyłam, ale coś mnie tchnęło, żeby zmierzyć sobie temperaturę.
Słupek rtęci pokazał 39 stopni.
Następnego dnia było tylko gorzej. Gorączka nie spadała i czułam się jak w piekarniku. Zaczęła mnie gnębić biegunka, jak nigdy w życiu. Byłam osłabiona i wygłodniała, ale co zjadłam, to tylko pogarszało sprawę. Zaczęłam widzieć krew.
Kolejny dzień przyniósł półtora kilograma wagi mniej i dalszy ciąg mordęg. Wieczorem, siedząc przed komputerem, ni stąd, ni zowąd wszystko się zamgliło i zrobiło błękitnawe. Zerwałam się i rzuciłam się ku drzwiom. Miałam wrażenie, że stoję w miejscu, a powietrze jest gęste jak kisiel.

Ledwie dopadłam ubikacji i się pochyliłam, zwymiotowałam. Ze zgrozą patrzyłam, jak z gardła chlustają mi koszmarne, dosłownie czarne rzygi. Stałam nad kiblem, z wrażeniem, że rozerwie mi gardło, a za którymś razem o muszlę plaśnie zakrwawiony żołądek i uduszę się własnymi jelitami. Osunęłam się na kolana i oparłam czoło o deskę, oddychając ciężko.

Oczywiście, tak nie było. Znów, literacko podrasowałam wtedy swoje przeżycia. Zupełnie zbędnie, tak jakby fakt zwymiotowania czarną od krwi wydzieliną nie był dostatecznie straszny.
Ta przerażająca, czarna struga chlusnęła ze mnie tylko raz, ale przeraziła mnie tak bardzo, że dusiłam się ze strachu. Pamiętam ją dokładnie; wróciła do mnie po paru latach w jednym z sennych koszmarów, lejąc się po moich nogach i zalewając kafelki.

Następnego dnia byłam już odwodniona. Mimo upału oraz wyczerpania zdołałam dowlec się do lekarza. Potem potoczyło się gładko. Dostałam skierowanie do szpitala i jeszcze tego samego dnia pojechałam do Zabrza.
Sama nie wiem, jak zdołałam z wyładowanym plecakiem dojść na dworzec. Jego ciężar, w upale, wgniatał mnie w ziemię. Tępo parłam przed siebie, łkając z bólu rozpierającego mi brzuch oraz krzyż.
Droga była wyludniona i nawet nie było kogo poprosić o pomoc.

Podczas drogi pociągiem miałam wrażenie, że patrzę na siebie z boku. Wręcz czułam swoją bladość. Wszystkie moje wnętrzności kołysały się na wszystkie strony i błagałam, żeby nagle się nie zerwać, i nie musieć skorzystać z obleśnej pociągowej toalety. Wtedy były to stare pociągi, a toalety zapyziałe, obskurne.

Do szpitala na szczęście mnie przyjęto. Wtedy nawet nie wiedziałam, że wcale tak nie musiało być.
Ważyłam wtedy 43 kg.

Nie miałam na nic siły, ale też apetytu. Jak na ironię, podejrzewano mnie o anoreksję, a jedna z pielęgniarek wpychała mi suche bułki na każdym kroku. Płakałam z bezsilności oraz bólu, bo całe to jedzenie, które musiałam w siebie wmuszać, zdawało się nie tylko pęcznieć dziesięciokrotnie, ale i w ogóle się nie przesuwać.

Miałam gastroskopię, niezmiernie bolesną, a wtedy jeszcze dla mnie upokarzającą. Następnie po dwóch dniach “płukania” czekała mnie kolonoskopia.
Bałam się narkozy. Cholernie się bałam. Tego, że się nie obudzę to raz, ale dwa, to że się obudzę w trakcie. Że będzie niemożliwie boleć, a ja nie będę mogła się poruszyć, zupełnie jak w paraliżu sennym.

Na szczęście badanie przebiegło bez komplikacji. No, dobrze, było pod koniec nawet śmiesznie. Pomimo upokarzającej dla mnie formy badania, chce mi się śmiać. Ocknęłam się już po, kiedy to mnie ubierano. Coś krzywo założono mi gatki, próbowano poprawić, ale się opierały. Usłyszałam:
– Aaa, nie widać nic, dajemy ją na łóżko
I zasnęłam znowu.

Później były wszystkie formalności, grzebanie w wynikach, sprawdzanie ich i w końcu decyzja. Okazało się, że mam zespół Leśniowskiego-Crohna.

Wypisano mnie ze szpitala po tygodniu. Kiedy założyłam swoje spodnie rurki, przestraszyłam się. Choć obcisłe, wisiały mi na patykach nóg.
Potem miał miejsce mozolny powrót do formy. Jeszcze parę dni towarzyszył mi ten powalający ból w lędźwiach, pozwalający mi ustać na nogach tylko parę minut.

Kiedy w końcu zaczęłam wychodzić na dwór, jakiś miły młody człowiek z kolegami krzyknął do mnie:
– A ty gdzie cycki zgubiłaś?
Wtedy niepomiernie mnie to zasmuciło.

Zażywałam przepisane sterydy. W pewnym momencie zaczęłam od nich tyć w zatrważającym tempie, bo pół kilograma dziennie. Powodowały też inny skutek uboczny – narkoleptyczną senność.
Zasypiałam i rozbudzało mnie uderzenie książki o podłogę pociągu. W szkole usiłowałam utrzymać głowę prosto, ale długopisy leciały mi z ręki, głowa opadała, a głos nauczyciela dochodził jak z radia owiniętego trzema prześcieradłami.

Wytrzymałam na sterydach tylko miesiąc. Ta niemalże narkolepsja ustąpiła dopiero po Nowym Roku – po czterech miesiącach.

Jeśli chodzi o samą chorobę, da się żyć… Mniej więcej. Niekiedy jest bardzo dobrze. Niekiedy jest okropnie. Wpędza w koszmarny stan, kiedy cały układ trawienny zdaje się mieć urlop i żadne jedzenie nie jest trawione. Najgorsze jest chyba to, że nawet przy zjedzeniu jogurtu, jabłka i lekkiego obiadu pod postacią zupki, bez kolacji, po godzinnym treningu, po ćwiczeniach, po spacerach waga następnego dnia potrafi pokazać więcej. Nie ma się apetytu i nie je się prawie nic, mimo całej apteki branych leków na trawienie. Czasami wszystko z brzuchu zdaje się pęcznieć tak, że chce mi się płakać z bólu. Nie jem i nie mam sił, i tyję. Człowiek czuje się jak antał.
I jeszcze jest ten osobliwy, parszywy ból w lędźwiach, znany chyba tylko przez wrzodowców czy właśnie “jelitowców”, jak ja. Czasami się pojawia i dręczy niezależnie od przyjętej pozycji; czy na boku, czy się leży, czy stoi, czy skacze, czy chodzi, czy pływa, czy siedzi. Jakby coś chciało pęknąć wewnątrz…

Pozwoliłam  sobie zostawić ten oryginalny zapis z 2009 roku. Lepiej odda to, co wtedy przeżywałam i czułam, niż każda moja próba dobycia zatartych czasem wspomnień.
Serce mi się kraja, jak czytam o swojej upartej nieznajomości choćby zjawiska nabierania wody przez ciało. Ale – to nie na ten wpis.

Choroba Leśniowskiego-Crohna, za tamtych moich czasów, była uważana za nieuleczalną i na całe życie. Jako że blog ma traktować o skoliozie, teraz nie będę w to wnikać. Mam zresztą ważniejsze rzeczy Wam do przekazania.

To, jak sama zwalczyłam i tę chorobę, a także wszelkie problemy ze strony układu pokarmowego. Tak, dokładnie tak: w s z e l k i e.

Z jakiegoś względu nie zawarłam tego na poprzednim blogu. No tak, po co. Lepiej przecież przelewać swoje łkanie w klawiaturę, zamiast podzielić się z innymi, jak udało mi się zakończyć ten wieloletni koszmar ze mną i jelitami w rolach głównych.

Na Leśniowskiego-Crohna cierpiałam parę lat. Pogodziłam się z tym, że już zawsze tak będzie; nieustające bóle brzucha, biegunki naprzemian z zaparciami. I że co jakiś czas będę trafiać z tego powodu do szpitala, aż nie wytną mi kawałka jelit.
Och, z jakąż mściwą zachłannością o tym myślałam. Ja o tym marzyłam.
Ciach i po bólu.

Zajrzyjmy do moich dawnych wpisów bądź ich urywków (z moimi drobnymi poprawkami tam, gdzie te są, powiedzmy, konieczne). Dadzą nam lepsze pojęcie, przez co przechodziłam, niż wysilanie mojej pamięci, by dotrzeć do zatartych przez czas wspomnień.

***

Wrzesień 2009.

„… w wakacje podczas pasażu (seria zdjęć RTG) wyszło, że nic nie da się zbadać w moim brzuchu, bo narządy są po prostu ściśnięte i nic nie widać. […] Jeszcze się trochę lękam, że będę miała kolejny rzut, bo ostatnio źle się czuję. Umiem przeżyć dzień na jogurcie z płatkami, trzech owocach w szkole i połowie kalafiora, i się czuję jak raz po weselu, kiedy nie mogłam chodzić z przejedzenia. Czasem aż zgina mnie od dziwnego kłucia bólu w brzuchu.”

Och, dziecko-ja. Jak to czytam, to mnie ściska z dziwnego bólu w sercu.
Moje kochane ciało, że tyle żeś zniosło.
Pozwólcie jednak, że temat rozwinę – bo rozwinę – w jednym z przyszłych wpisów. W tym skupmy się na motywie przewodnim – problemach z układem pokarmowym.

***

25 luty 2010.

„… czekała mnie gastroskopia. Czekanie w korytarzu przeżyłam o niebo gorzej niż samo badanie. Przede mną wszedł jakiś facet, ja wiem, góra 50-letni, który o mało co się nie udusił, to ciągłe uspokajanie lekarza i asystującej pielęgniarki, „niech się pan uspokoi, oddycha, nabrać powietrza, wypuścić”, facet oszalał, sapał, wydawał z siebie charkotliwe odgłosy krztuszenia się, duszenia się oraz wymiotne.
Kiedy więc weszłam do pokoju, byłam nieźle przestraszona, choć już miałam to badanie… kiedyś.

Bałam się tego miejscowego znieczulenia. Ostatnio tak mi poraziło gardło, że na serio się dusiłam, panika strzeliła do głowy.
Ale tym razem było w porządku. Jakoś mogłam była nawet mówić, acz się pośliniłam. I przerażało mnie skrzypienie rury w gardle. I choć przez znieczulenie tego nie czułam, wyobraźnia nie pozwalała mi nie nie myśleć o tym, że wtykają we mnie prawie metr tej czarnej rury.
I to roz-/wydymanie powietrzem. Boli upiornie, jakby się miało pęknąć i rozbryznąć na czystych, białych kafelkach.

Ale jakoś przeżyłam, nawet nie wydałam żadnego dźwięku (i żem dumna), wszystko w brzuchu ok. Tylko coś tam kłuje, pomdli, no ale to też przeżyję.”

***

16 luty 2011.

“Zapominamy to, co chcemy pamiętać, a pamiętamy to, o czym chcielibyśmy zapomnieć.
Cormac McCarthy, Droga

Z tego powodu napiszę o czwartku.

To miał być uroczy dzień.
Szykowałam się do zeszłorocznej powtórki ze szkolenia lodowego, tzw. morsowania. […]

Miałam wyjść z domu o 9.15. O godz. 8.45 złapałam za telefon, mając napisać do kumpla, z zapytaniem, czy przypomniał instruktorowi, że mamy się z nim zabrać jego samochodem.
I dokładnie o godz. 8.45 się zaczęło.
Ból. B-ó-l. BÓL.
Ból tak potężny, że B wydaje się dwoma gigantycznymi siekaczami wrzynającymi się w ciało, Ó gigantycznym walcem, a L staje się miotaczem ognia. Ów uzębiony, rzygający ogniem walec zaczął miażdżyć mi żołądek.
Jak zwykle – no, och, biedna, brzuszek ją rozbolał. Łyknęłaby no-spę czy co i by przeszło, a ta biedna dorywa laptopa i z zacięciem wylewa swoje żale na blogu. Smutne, nie?

“Żadna lektura i inteligentne rozumowanie nie zastąpi bezpośredniego doświadczenia.”
John Fowles, Hebanowa wieża

Zjedliście kiedyś żywego węża albo jeża, który się przeraził w Waszym żołądku, albo rozdymkę takifugu? To było właśnie to. Jakby cały mój żołądek usiłował wyrwać się na wolność, ale przez skórę. Ból tak wszechpotężny, że kurczył cały świat do kłębka cierpienia, w jakim zwijało się na łóżku, zaciskając pięści, zęby i powieki, po których otwarciu i tak widziało się pulsujące, ciemne plamy.
Wręcz ćpało się Ibupromy i inne przeciwbólowe – bezskutecznie. Ból nie ustawał […].
Kilka godzin. Kilka upiornie długich, wiecznych godzin. Poczekalnia, lekarz, badanie, kurewsko bolesne, bo naciskające na napięty jak mająca pęknąć struna żołądek. Gardło ściśnięte i suche […]

Potem rehabilitacja. Tępe wpatrywanie się w sufit i wymuszanie uśmiechu, i niezbyt udolne próby ukrycia grymasów bólu.
Z lustra gapiła się na mnie para oczu pośrodku białej jak ściana, jakby zapadłej twarzy.

Minęło, a ja piszę, żeby pamiętać. Ludzie jednak zapominają, a w każdym razie wspomnienia tracą kształty, zacierają się…”

Och, mądra dziewczynka.
Z tym że ja też nigdy nie zjadłam ani żywego węża, ani jeża, który się przeraził w żołądku, ani rozdymki takifugu.

***

19 kwietnia 2011.

„… w brzuchu dzieją się różne, niemiłe rzeczy sprawiające, że niekiedy mam ochotę wyrzygać swój żołądek wraz ze zwojem jelit, żeby nie miało mnie co boleć albo molestować, albo atakować znienacka, albo przeszkadzać w treningu, albo dosłownie wyjątkowo donośnie odzywać się w chwilach ciszy na zajęciach….”

***

11 grudnia 2012.

„Test ureazowy dla H. pylori – dodatni.
Jednym słowem, wrzód.

Od chwili, kiedy spojrzałam na wyniki badania gastroskopicznego, gdzie czyhała na mnie powyższa radosna wiadomość, nie mogę się oswoić ze świadomością, że w moim żołądku – oprócz wszelkich enzymów, kwasów i tymczasowej, podróżującej treści pokarmowej – zagościł wrzód, panosząc się tam niczym szara gęś. Nagle wszystkie skutki znalazły swoje przyczyny. Dziwne bóle brzucha i sensacje odszukały swoje wyjaśnienie, i przytuliły się do nich namiętnie.

Naturalnie, trzeba poczekać jeszcze 2 tygodnie na wyniki biopsji, ale fakt, że wcześniej tej uroczej bakterii u mnie nie było, a podczas badania lekarze z przejęciem pochylali się ku ekranowi, gdzie tańcowały sobie moje wnętrzności, rozprawiając o helicobacterze, daje do myślenia.

Żeby było jeszcze ciekawiej, możliwe, że zdiagnozowana u mnie choroba Leśniowskiego-Crohna, ta sama kochana, czuła choroba, która swego czasu cierpliwie toczyła moje ciało, zżerając mnie od wewnątrz, po czym beztrosko udała się na wakacje, w ogóle nie istniała.

Specjalistyczne badanie pod tytułem enterokliza MR nie wykazało nic. Mimo że przygotowałam się do niego sumiennie, z poturbowanym brzuchem i zaciętym wyrazem twarzy dojąc butle wody a także kubek sorbitolu, po którym miałam wrażenie, że wywrócono mnie na lewą stronę, a droga do domu nigdy się nie skończy.
Acz plusem jest, że nie pamiątkę dostałam elektroniczny zapis wyników badania na płytce, więc mogłam potem spędzać upojne wieczory, oglądając moje wyłaniające się z czerni trzewia, obracać je i spryskiwać kontrastem o większym bądź mniejszym natężeniu.”

Jakimś cudem nie uznałam napisać za stosowne sprostowania, że biopsja helicobactera nie wykazała. Wrzoda nie mam i najpewniej nigdy nie miałam.

***

23 września 2013.

„1 października szpital otworzy przede mną swoje maksymalnie zdezynfekowane ramiona i przygarnie mnie pod swoje skrzydła upstrzone drenami, rurkami, łóżkami szpitalnymi i rojem pielęgniarek. Poddam się szeregowi rozkosznych badan niby zabiegom w salonie SPA, i będę czekała na wyniki, które kojąco zaleją moje uszy niczym śpiew słowika. Dowiem się, czy moja choroba Leśniowskiego-Crohna kiedykolwiek mnie odwiedziła. A może mam dziury w jelitach? Skłonności do sklejania, aż w końcu chirurdzy urąbią mi parę śliskich metrów jelit? Jakieś zakamarki, gdzie jedzenie gnije? Ach, koniec tej przygody może być niezwykle emocjonujący!

Tak w ogóle, czy ja Wam opowiadałam o moim ostatnim pobycie w szpitalu? Nie. Jak to możliwe…

No to usiądźcie sobie wygodnie, a ja przed Wami roztoczę tę wspaniałą scenerię i przybliżę zapierającą dech w piersiach historię.

Pewnego dnia – maj tego roku?, nie pamiętam – wróciłam sobie po treningu na basenie. Wypiłam lekko ciepłą, słodkawą i przyjemnie spływającą w dół gardła galaretkę na herbacie. Szczerze polecam, jest to naprawdę pyszna sprawa. Zaczęłam coś robić w kuchni. Chyba łuskałam słonecznik. Całkiem możliwe.
I nagle ból w brzuchu sieknął mnie, jakby jego przeznaczeniem było sieknąć mnie dokładnie w tamtej chwili, w kuchni, stojącą przy blacie nad słonecznikiem. Był taki, jakby wnętrzności zawiązały mi się w supeł.

Resztę dnia spędziłam, tępo patrząc się w sufit. Mama masowała mój napięty brzuch z twardymi, nabrzmiałymi wyczuwalnymi pod skórą i nagle pomyślała na głos:
– Sprawdzę, czy masz jakąś perystaltykę.
I zbadała mnie stetoskopem. Po zmartwieniu wylęgającym na jej twarz wiedziałam, że potwierdza się najgorsze.
Także galaretka, w końcu, uciekła ze mnie tą samą drogą, którą przybyła.

Następny dzień nie przyniósł poprawy. Brzucha dalej nie dało się dotknąć, nie potrafiłam chodzić z bólu. Nie było innego wyjścia, jak znów udać się do szpitala.
Wypadki potoczyły się tak, że trafiłam do mojego byłego lekarza prowadzącego z oddziału gastroenterologii. Skierował mnie do szpitala. Nie stwierdził kolejnego rzutu mojego niby-Crohna.

W szpitalu początkowo wszystko szło jak z płatka, po czym – czekało mnie zderzenie z rzeczywistością. Nastąpił nagły zastój na izbie przyjęć. Nie byłam już dzieckiem, a pełnoletnią dziewuchą, a mój stan nie był szczególnie naglący, więc upchnięto mnie gdzieś za dyżurką pielęgniarek w salce zagraconej nieużywanymi łóżkami, gdzie zostałam zapomniana, z kroplówką, która nagle spłynęła chyba szybciej niż spłuknięta woda w kiblu.
Czekałam do – której? 23 albo 1 w nocy – na lekarkę, która z pogardą pomacała mój niechorobowo nietwardy brzuch i kazała mi przyjść w poniedziałek (był to piątek). Gdybym mogła, roześmiałabym się jej w twarz. Niestety, brakowało mi na to siły.
Na szczęście lekarka z innego oddziału zlitowała się nad cieniem mnie i mnie przyjęła.

Okazało się, że moje jelita niemal się skleiły, powodując silny stan zapalny. Wtedy, kiedy mama z przerażoną twarzą przekazywała mi, że jeśli CRP się nie obniży, będzie trzeba poddać mnie operacji, już tak łakna jej nie byłam, a tylko wpatrywałam się w nią błagalnie.

Co dziwne, nie wykryto najmniejszego śladu Leśniowskiego-Crohna.

Po monstrualnej ilości środków rozkurczających i przeciwbólowych, od których żyły mi pękały a jedna zmieniła się w zdrewniały bat pod skórą, dolegliwości ustąpiły. Do tego przyczyniła się, niechybnie, także szpitalna dieta, a zwłaszcza jedna szczególna zupa, która smakowała jak wyrzygany mięsny gerberek dla dzieci, rozcieńczony wodą. Po skosztowaniu czegoś takiego każdy momentalnie by ozdrowiał.

Ze szpitala zostałam wypisana, mając zgłosić się w weekend na ponowne położenie się na oddział w celu pełnej diagnostyki.
Weekend? Wolne żarty! Żaden z lekarzy nie pamiętał, żeby mówił coś takiego. Toż to strasznie skomplikowany proces, dostać się ponownie do szpitala! Najbliższe terminy były na grudzień.”

***

Niestety, nie był to ostatni raz, jak z tego względu wylądowałam w szpitalu.

Kolejny raz miał miejsce po zjedzeniu żytniego, domowego chleba. Znów prawie skleiły mi się jelita. Znów cierpienie, bezradność, szaleństwo.

Na szczęście, w międzyczasie natknęłam się na stronę Gurbackiej. Bynajmniej nie jest to reklama; po prostu na to się natknęłam (najpewniej szukając sposobów na to, jak schudnąć) i to mi, w pierwszej fazie, pomogło.
Swoje zdanie na temat Gurbackiej przemilczę. Tak czy inaczej, przeczytanie jej atrykułów było pierwszym krokiem, jaki uczyniłam ku swojej wolności od chorób jelit.

W pierwszej kolejności odstawiłam gluten. Cuda, jakie to zdziałało, mnie onieśmieliły.

Nie uwolniłam się jednak od bardzo uporczywej dolegliwości, jaka stale mi towarzyszyła, mianowicie dziwnych skurczów… w odbycie. Brzmi to wstydliwie, ale byłabym gotowa każdemu się z tego zwierzać, byle ktoś mi pomógł. Skurcze były tak silne i bolesne, że kiedy dolegliwości osiągnęły swoje apogeum, ból ciskał mnie na kolana, kiedy zakładałam buty.

Czarę goryczy przelał ten jeden raz, kiedy, ot, na spacerze z moim chłopakiem, ze zbolałym okrzykiem po prostu upadłam na kolana.

Zaczęłam bać się wychodzić z domu, niepewna, kiedy przydarzy się to znów.

Bezskutecznie szukałam lekarza, który by mi pomógł. Każdy tylko przepisywał jakieś kolejne leki, ignorował moje prośby o pomoc z tymi skurczami czy węzłami zgrubiałych, obolałych jelit wyczuwalnych pod skórą i tylko mówił – często nawet na mnie nie patrząc, a gdzieś w bok – „taka już pani uroda”. Czasami coś bąknął o zespole jelita drażliwego.

Aż skurcze zawiodły mnie do szpitala.

Było to wtedy, kiedy już zadałam druzgoczący cios swojej skoliozie – zaczęłam jeździć konno.

Od rana czułam się niezbyt dobrze. Było mi jakoś tak ciężko na żołądku, i mnie mdliło. Nie do pomyślenia jednak było dla mnie poniechanie treningu, więc się na niego wybrałam.
I tak sobie jeździłyśmy z dziewczynami, kiedy nagle, po zakończeniu któregoś z galopów zjechałam do środka, podbiło mnie w siodle, i – się zaczęło.

Byłam pewna, że pękły mi nie tylko jelita, ale i skóra na podbrzuszu, i moje trzewia napierają na spodnie od wewnątrz. Pomacałam je i obejrzałam histerycznie a nieobecnie, lecz było ciemno, i miałam na dłoniach rękawiczki.
Bałam się, że zwymiotuję. Lęk był to błahy w porównaniu z paniką na myśl o pękniętych jelitach. Jakoś zdołałam wytłumaczyć instruktorce, że muszę zejść z konia, lecz kiedy spróbowałam tego zrobić, podbrzusze aż po tyłek przeszył mi ból, jakby nadziać mnie na grubą, stalową rurę.

Z przerażenia śmiałam się nerwowo, przepraszająco.

Jakoś udało mi się zwlec z konia i dojść do samochodu. Prowadzenie auta graniczyło z cudem; każde wciśnięcie pedału skutkowało bólem penetrującym mi podbrzusze.

Nie wiem, dlaczego nie udałam się do szpitala w tym samym dniu. Ach, nie, jednak wiem. Bo szpital w moim mieście to umieralnia. A była bodaj 20 wieczorem i tylko to by mi pozostało.

Tak czy inaczej tam trafiłam następnego dnia… na oddział ginekologiczny, z podejrzeniem ciąży pozamacicznej.
Następnego dnia okazało się, że był to niepęknięty pęcherzyk przed owulacją.

Jakież szczęście, że z frustracji wnet ozdrowiałam.

***

Mając w pamięci to, jak pomogło mi odstawienie glutenu, nieśmiało zaczęłam drążyć temat. Jakoś dowiedziałam się o diecie paleo. Był akurat na nią szał. To i ja się dałam oczarować.

Przyznaję, przez pierwsze trzy miesiące czułam się, jakbym odżyła na nowo. Wszystkie moje problemy odeszły w niepamięć. Zero wzdęć, bólu, skurczy. Przemiana, jaka dokonała się na mojej wiecznie podziobanej krostami skórze twarzy, ramion i góry pleców, była oszałamiająca.
I ta wartkość myśli.

Nigdy nie czułam się tak cudownie.
Czułam się, po prostu, zdrowa.

Potem jednak zaczęły się problemy. Akurat byłam za granicą i pracowałam fizycznie, i mój organizm zaczął się buntować. Wiecznie obolała, o zesztywniałych mięśniach, w głowie miałam totalną pustkę, a każda noc przypominała bardziej zawieszenie między snem a jawą niż sen. I każdej tej nocy sikałam co najmniej cztery razy, aż do siedmiu, czasami ośmiu.

To był, po prostu, koszmar. Czułam, jak moje ciało wypowiada mi posłuszeństwo.

Nie chcę wydawać odgórnych sądów na tę dietę. Ja podeszłam do niej nieumiejętnie. Obstawiam za małą ilość węglowodanów. A i w tym poście nie na to czas ani miejsce.
Najważniejsze, że ta próba z dietą paleo dała mi najważniejszą wskazówkę:

To nie “moja uroda”. Moje problemy wynikają z diety.

Mimo swego rodzaju porażki z dietą paleo, drążyłam temat dalej. Wróciłam do diety, jaką podejrzałam u Gurbackiej, ale z wykluczeniem nabiału. Brałam, no, mnóstwo suplementów; l-glutaminę na odbudowę jelit, probiotyki na odbudowę mikroflory, omegę-3, multiwitaminy, kompleksy witamin z grupy B, magnez, cynk, selen, kwas R-ALA, enzymy, witaminę C, witaminy D3 oraz K2, i pewno jeszcze wiele innych.

Na własną rękę zrobiłam badania i wyszło na to, że mam insulinooporność. Temat jednak zostawiam na inny wpis.

I tak też, metodą prób i błędów, w końcu udało mi się wypracować sposób odżywiania…, a tak właściwie to sposób życia, który dał i zapewnia mi komfort w obecnym życiu.
Moja dieta jest bardzo prosta: mięso, ryż, warzywa, owoce, jajka, orzechy, nasiona. I w sumie tyle. Swego czasu kombinowałam z jakimiś dziwacznymi przepisami, ale rezultaty były wątpliwie smaczne, a same potrawy zwyczajnie drogie. Oraz, czasochłonne. Kasze w teorii mogę jeść, ale jakoś żadnej specjalnie nie lubię.
Dietą jestem dość zachwycona, bo jest prosta, tania i wygodna. No i dzięki niej z rozchorowanej osoby spętanej więzami własnych jelit, zdołałam nie tylko pozbyć się wszelkich problemów trawiennych, ale też doprowadzić swój układ pokarmowy do tak doskonałego stanu, że powiedziałabym, że jest pancerny ;).

Ale, oczywiście, kropla goryczy jeszcze skapnęła na moje życie w zdrowiu.

***

Jeszcze jeden raz trafiłam do szpitala przez swoje jelita. Miało to miejsce w grudniu 2016 roku.

Był to czas, kiedy cieszyłam się coraz większym zdrowiem i sprawnością, i powoli zaczynałam realizować swoje marzenia.
Tym, które miałam spełnić wtedy, był tatuaż.

Czekałam na termin dwa lata. Jego wykonywanie miało być rozłożone na dwie całodzienne sesje.
Na drugą nigdy nie poszłam.

W noc po sesji u tatuażysty nie mogłam spać przez przybierający na sile ból bioder oraz, przeczuwałam, gorączkę. Pierwszym podejrzeniem było, rzecz jasna: żółtaczka.

Poczytawszy jednak o objawach żółtaczki, uspokoiłam się, że to jednak nie to; uspokoiłam się jednak tylko częściowo. Gorączka się nasilała, a rwący ból w biodrach nie dawał mi spać.
I tak kolejnej nocy, skulona na boku na łóżku, nie mogąc położyć się na plecach przez tatuaż na nich i nie mogąc spać, wreszcie to usłyszałam.

Koszmarna cisza w brzuchu. Ani jednego bulgnięcia.
I tak przez cały weekend.

W poniedziałek czym prędzej pognaliśmy do szpitala. Na oddział przyjęła mnie ta sama doktor, co zlitowała się nade mną parę lat wcześniej.
Na chirurgię przewodu pokarmowego.

Serce waliło mi ze strachu. Bałam się, że w końcu nadszedł ten czas i teraz się od operacji nie wymigam.
Byłam zła i rozgoryczona, że jak zwykle coś. Że nie mogę być zwyczajnie zdrowa.

Na szczęście i tym razem udało się odblokować skręcone jelita. Ze szpitala wyniosłam jednak pamiątkę, która podsumuje koszmar, jaki nawiedział mnie co jakiś czas.
Zdjęcie tego napiętego do granic możliwości brzucha.

Jak widzę to teraz, to wraca wspomnienie bólu, od jakiego, myślałam wtedy za każdym razem, że się w końcu przekręcę.

No ale, co ma tatuaż do moich minionych problemów z jelitami? Podejrzewam, że reakcją mojego organizmu na robienie tatuażu był szok bólowy. A może to jakieś osobliwe uczulenie. Najpewniej nigdy się nie dowiem.
Tak czy inaczej, dość nietypowo, bo zostałam z połową niedokończonego tatuażu ;).

***

Na dziś dzień, tak jak z plecami (i w ogóle ze zdrowiem!), nie mam z brzuchem najmniejszych problemów. Tak po prawdzie to nawet nie wiadomo, czy kiedykolwiek miałam tę zdiagnozowaną chorobę Leśniowskiego-Crohna.

Piszę o tym, bo, po pierwsze, ktoś może skorzystać z mojego doświadczenia. A po drugie, cóż.
Nie można powiedzieć, że skolioza była moją jedyną troską i mogłam wszystkie swoje siły zmobilizować przeciwko niej.

Oryginalny tekst wpisu z lipca 2009 roku
Pewnego pięknego dnia dopadło mnie w autobusie coś, co można określić mianem “koszmarnej migreny”. Widziałam kątem oka, jak kobietka naprzeciw mnie się na mnie gapi; czułam, że z chwili na chwilę staję się coraz bardziej bledsza, jakby odchodziła ze mnie krew. Było mi słabo. Wszystko wirowało i wydawało się jaskrawe, głośne, bolesne.
Po końskiej dawce Ibupromu, w ciapongu, ból nieco zelżał i poczułam się lepiej. Był to drugi napad migreny w moim życiu i ciechałam się, że to mija.
Tak w każdym razie myślałam.
W domu: gorąco. Straszliwie rozbolały mnie mięśnie pleców i podczas ćwiczeń czułam się, jakby zrobiono je z gumy i nadmuchano. Rozciągały się jak zasuszony rzemień. Na dworze panował upał, więc mogłabym tak sobie tłumaczyć swoje wypieki na twarzy, ale coś mnie tchnęło, żeby zmierzyć temperaturę.
Słupek rtęci pomachał mi ponad 39 stopniami gorączki.
Następnego dnia było tylko gorzej. Biegi do ubikacji z wrażeniem, że zjadło się kilo kapusty kiszonej i popiło jogurtem. Gorączka nie spadała i czułam się jak w piekarniku. Nie mogłam nigdzie wyjść, wiadomo. Byłam upiornie wygłodzona i zmęczona, ale co zjadłam, to tylko pogarszało sprawę. Widziałam krew. Dużo krwi.
Kolejny dzień przyniósł półtora kilograma wagi mniej i dalszy ciąg mordęg. Wieczorem, siedząc przed komputerem, ni stąd, ni zowąd miałam jakiś odlot. Wszystko się zamgliło i zrobiło błękitnawe, i już na łeb na szyję się rzuciłam ku drzwiom. Powietrze zdawało się być gęste jak klej, obłapiając mnie, hamując…
Jeszcze niedawno uznawałam to za obrzydliwe. Nadal uznaję to za obrzydliwe, ale słowa to nie same kwiatki i motylki: przez tę mentalną mgłę widziałam, jak z gardła wylatują mi koszmarne, dosłownie czarne rzygi. Stałam nad tym kiblem, z wrażeniem, że rozerwie mi gardło, a za którymś razem o muszlę plaśnie zakrwawiony żołądek i uduszę się własnymi jelitami. Osunęłam się na kolana i oparłam czoło o deskę, oddychając ciężko.
Nazajutrz pojawiło się odwodnienie i jakoś w powalającym upale zdołałam dojść do lekarza. Potem potoczyło się gładko. Dostałam skierowanie do szpitala i jeszcze tego samego dnia pojechałam do Zabrza. Sama nie wiem, jak zdołałam z wyładowanym plecakiem dojść na dworzec. Każdy krok wydłużał się na kilometr. Brzuch wył z bólu. Chciało mnie wgnieść w ziemię, a upał bezlitośnie siekł mnie po głowie. Tępo parłam naprzód, płacząc z bólu. Droga była wyludniona, nawet nie było kogo poprosić o pomoc…
Podczas drogi pociągiem miałam wrażenie, że patrzę na siebie z boku. Wręcz czułam swoją bladość. Wszystkie moje wnętrzności kołysały się na wszystkie strony i błagałam, żeby nagle się nie zerwać i nie musieć skorzystać z obleśnego przybytku zwanego pociągową toaletą. Przypuszczam, że od panującego tam smrodu nie skończyłabym rzygać.
Zostałam w szpitalu na weekend. Ważyłam wtedy już 43 kg, nie miałam na nic siły, jednak nie miałam też apetytu. Całe jedzenie, które musiałam w siebie ładować, zdawało się nie tylko pęcznieć dziesięciokrotnie, ale i w ogóle nie przesuwać. Podejrzewano mnie o anoreksję. Jedna z pielęgniarek okazała się na tyle miła, żeby wpychać mi bułki na każdym kroku, aż nie raz płakałam z bezsilności i bólu dosłownie jedzenia w brzuchu.
Po weekendzie dostąpiłam wątpliwego zaszczytu gastroskopii. Badanie niezwykle sympatyczne i ciut upokarzające, kiedy człowiek zwija się jak do wymiotów i tylko zaczyna krztusić – a przede wszystkim badanie bolesne. Leży się niczym embrion z rurą w gębie, a do żołądka pompuje się mu powietrze. Myślałam, że mnie w końcu rozerwie i moje flaki rozbryzną się po chirurgicznie białych kafelkach, i zawisną na pochylonych nade mną lekarzach. Od czasu, kiedy miałam to badanie, czasami nie opuszcza mnie taka osobliwa chrypa.
Potem dowiedziałam się, że po dwóch dniach “płukania” czeka mnie kolonoskopia. Bałam się narkozy. Cholernie się bałam. Tego, że się nie obudzę to raz, ale dwa, to że się obudzę w trakcie. Że będzie niemożliwie boleć, a ja nie będę mogła się poruszyć, jak w tym stanie rano, kiedy się zaśnie płytko – wtedy ludź śni, ale jednocześnie czuje, że leży na łóżku, więc usiłuje się poruszyć, ale jest jak zabetonowany i pojawia się panika.
Na szczęście badanie przebiegło bez komplikacji. No, dobrze, było pod koniec nawet śmiesznie. Pomimo upokarzającej dla mnie formy badania, chce mi się śmiać. Ocknęłam się już po, kiedy to mnie ubierano. Coś krzywo założono mi gatki, próbowano poprawić, ale się opierały. Usłyszałam: ”

Aaa, nie widać nic, dajemy ją na łóżko!”. I zasnęłam znowu.
Potem dosyć szybko wstałam. Zabawne, po narkozie mój głos brzmiał jak totalnie przepity 😀

Później były wszystkie formalności, grzebanie w wynikach, sprawdzanie ich i w końcu decyzja. Okazało się, że mam zespół Leśniowskiego-Crohna. Takie cóś na całe życie.
Po tygodniowym pobycie w szpitalu, przy wypisie, były moje pierwsze okrzyki przerażenia na widok dwóch szczudłowatych nóg w workowato wiszących rurkach, mozolny powrót do formy, sterydy. Od tychże leków w końcu tycie w zatrważającym tempie pół kilo na dzień. Koszmarna senność, zdzielająca mnie w każdym miejscu, zwłaszcza w szkole i ciapongu. Zasypiałam i rozbudzało mnie uderzenie książki o podłogę pociągu. W szkole usiłowałam utrzymać głowę prosto, ale długopisy leciały mi z ręki, głowa opadała, a głos nauczyciela dochodził jak z roztrojonego radia owiniętego trzema prześcieradłami.

Sterydy brałam tylko miesiąc, bo czułam się zbyt fatalnie, ale ta niemalże narkolepsja ustąpiła dopiero po Nowym Roku (trzymała dobre 4 miesiące).

Jeśli chodzi o samą chorobę, da się żyć… Mniej więcej. Niekiedy jest bardzo dobrze. Niekiedy jest okropnie. Wpędza w koszmarny stan, kiedy cały układ trawienny zdaje się mieć urlop i żadne jedzenie nie jest trawione. Najgorsze jest chyba to, że nawet przy zjedzeniu jogurtu, japka i lekkiego obiadu pod postacią zupki, bez kolacji, po godzinnym treningu, po ćwiczeniach, po spacerach waga następnego dnia potrafi pokazać więcej. Nie ma się apetytu i nie je się prawie nic, mimo całej apteki branych leków na trawienie. Czasami wszystko z brzuchu zdaje się pęcznieć tak, że chce mi się płakać z bólu. Nie jem i nie mam sił, i tyję. Ludź czuje się jak antał. I jeszcze jest ten osobliwy, parszywy ból w lędźwiach, znany chyba tylko przez wrzodowców czy właśnie “jelitowców”, jak ja. Czasami się pojawia i dręczy niezależnie od przyjętej pozycji; czy na boku, czy się leży, czy stoi, czy skacze, czy chodzi, czy pływa, czy siedzi. Jakby coś chciało pęknąć wewnątrz…

 

Dodaj komentarz