Podróż po wpisach. Lata 2012-2013.

moja historia podróż po wpisach

Jeśli jesteś tu po raz pierwszy, serdecznie zapraszam Cię do rozpoczęcia od strony o mnie , a następnie od tego posta.

***

Kwiecień 2012.

Palce u stóp ciągle i wciąż puchły mi na podobieństwo parówek, a w brzuchu – szalało piekło. Na dodatek stawy postanowiły się ze mną zabawić i bolały okrutnie, przez co wchodzenie po schodach, a nawet spanie w ulubionej pozycji na boku bywało udręką.

Mimo to – byłam cholernie szczęśliwa.

Potrzebowałam bowiem paru lat i w końcu postępującego dziadzienia moich stawów, żeby podjąć tę decyzję. Czułam, że muszę zrezygnować z biegania, jeśli chcę zachować swoje kolana. Rower też odpadł, jako że znalazł się na śmietniku. Swoją drogą, to ciekawa historia.
Trzykrotnie niemal miałam na nim wypadek (w tym raz ruszając na krzyżowaniu, kiedy znienacka przeskoczyła przerzutka i moim rowerem zarzuciło szaleńczo), pewnego razu odłupałam nim kawał tynku ze ściany, a koła były tak zósemkowane, że zygzakowały mi przed oczami.
No i nade wszystko uświadomiłam sobie, że przecież gorset noszę już jedynie na noc.

Tak więc, po siedmiu latach przerwy, wróciłam do upragnionej jazdy konnej.

Euforia trzymała mnie równie mocno jak zakwasy w udach.
A także – niesamowita, głęboka wdzięczność.

Gdyby bowiem grubo ponad 4 lata temu moja mama, wysłuchawszy mnie nocą, mojego szlochu, że dłużej nie dam rady i że chcę operację kręgosłupa, byleby tylko przestało boleć, ulitowała się nade mną zamiast wybić mi to z głowy, wtedy (jak i teraz) pisałabym to, siedząc bez gorsetu, z drutem w plecach, a jazda konna byłaby jedynie mrzonką.

***

Grudzień 2012.

Na rehabilitacji – bowiem po tych sześciu czy tam iluś latach wciąż zaciekle ćwiczyłam sześć razy w tygodniu, co napawało mnie zrozumiałą dumą – uświadomiłam sobie, że nigdy tak dogłębnie nie zastanawiałam się nad swoim gorsetem. Zaobserwowałam, jak skomplikowane ruchy wykonuje się, żeby go zapiąć. Tu ścisnąć, tam poddźwignąć, tu przyciągnąć… Dziwnie mnie to rozczuliło.

Tym bardziej, że za zaledwie 9 miesięcy miałam się z nim pożegnać.

Było to równie nierealne jak zamierzchła prognoza mojego lekarza, że będę go nosić do 21 roku życia.

***

Wrzesień 2013.

3 tygodnie przed moimi 21. urodzinami – co było, przypomnę, magiczną datą zdarcia z siebie gorsetu na zawsze i rzucenia go w kąt – w poniedziałek odbyłam ostatnią wizytę u ortopedy.

Pożegnanie było … Czułam dziwną pustkę na myśl o tym, że miałabym już nigdy nie udać się do Rept do lekarza, nie nosić gorsetu, przestać ćwiczyć.

Naturalnie, to nie miało być takie, o, pstryk! i koniec gorsetu. Nawet bez wiedzy na temat zachowania skoliozy po zdjęciu gorsetu ja oraz mój kręgosłup sobie tego nie wyobrażaliśmy, z jego perfidną tendencją do łapania sztywności jak jakiegoś upiornego kataru i okresowych napadów bólu. Ale, fakt faktem, gorsetu nie mogłam była nosić w nieskończoność i w końcu czekało mnie pozbycie się go.
Więc uznałam, że najlepiej, jak zacznę od tego od razu.

Tym bardziej, że z końcem jednej dolegliwości na horyzoncie zamajaczyła kolejna.
Kolano doskwierało mi już tak silnie, że popadłam w pewność, że to chondromalacja rzepki (czyli rozmiękanie jej chrząstki).
Czekała mnie także wizyta u reumatologa, z racji kolejno wysiadających stawów. Jednocześnie mnie to osobliwie bawiło – zapadanie na kolejne choroby zaczynało mi przypominać zbieranie, powiedzmy, znaczków – smuciło oraz napawało gniewem i bezsilnością. W takim tempie bowiem czekała mnie nieciekawa starość.

A wszystko to powyższe – motywowało mnie niemożebnie.

Prace nad książką (która dotrwała ze mną do dziś!) ruszyły z kopyta, a w głowie rozgościło się samozaparcie oraz determinacja. Nie mogłam była marnować życia. Nie można.

Tak więc rozparłam się wygodnie przed monitorem, to znaczy rozparłabym się, gdybym nie siedziała na taborecie, wspominając z rozrzewieniem jazdy konną oraz rozkoszując się tym, co mnie będzie czekało i łzawie dumając nad tym, że mogę widzieć, słyszeć, chłonąć świat, który z każdym ukłuciem bólu z tą samą siłą o sobie przypomina, jakby ów ból był otrzeźwiającym trzaśnięciem w ucho.

Jak nie żałowałam, tak nie żałuję żadnej z tych wszystkich chorób. One naprawdę uczą doceniać życie. 🙂

***

22 września 2013 roku nadszedł dzień, którego z pożądliwym utęsknieniem wyglądałam od 1 czerwca 2007.

Pragnienie to początkowo zatruwało mi myśli, mimo że wydawało mi się odległe i bynajmniej ze mną niezwiązane.
Potem jakoś do gorsetu przywykłam.
Potem faktycznie stał się częścią mnie.

Aż w końcu teoretycznie mogłam już nie zakładać gorsetu na noc. Na myśl o tym… Nawet nie miałam na ten temat myśli, a pustkę w głowie.
Towarzyszył mi wraz z ćwiczeniami od 7 lat. To dużo. To jakieś 2000 godzin ćwiczeń i mniej więcej 35000 godzin noszenia gorsetu. Chyba. Nie notowałam skrzętnie. Mogłam się też machnąć przy liczeniu :).

Toteż założyłam go i tak. Plecy nic sobie nie robiły z tego doniosłego dnia i dalej mnie bolały .

Mimo to musiałam się wreszcie rozstać z gorsetem; dlatego zdecydowałam, że początkowo nie będę go nosić co drugą noc, a co drugi dzień nie ćwiczyć. Aż stanę się wolna, nieskrępowana, zabójczo prosta i drapieżnie nieplastikowa.

Naprawdę byłam ciekawa, jak to wszystko wyjdzie. Czy wyjdzie. Czy kręgosłup znowu się odezwie, czy da mi się święty spokój.

Czułam się jak na początku zupełnie nowej drogi, którą podążę.

***

O tym, jakie dzieje były mojej skoliozy po zdjęciu gorsetu, możecie przeczytać we wpisie o skoliozie po zakończeniu wzrostu.

A od siebie dodam, wypełniając lukę między tymi dawnymi wpisami a załączonym powyżej: trzymałam się swojego planu wychodzenia z gorsetu… w miarę. W sumie nosiłam go więcej niż zamierzałam, a to dlatego, że ładnie zwężał mi talię (dzięki czemu trzymała się obwodu 60 cm, a znaczyło to dla mnie wtedy bodaj tyle, co mieć cały świat).
Ostatecznie rozstałam się z gorsetem, kiedy zaczęłam się wspinać. Wciąż co jakiś czas lubiłam zmieścić się w gorset i uśmiechnąć szelmowsko, że wciąż jestem na tyle szczuplutka. Niestety – wspinaczka rozbudowała mi mięśnie pleców i wzmocniła dotąd odciążane mięśnie brzucha, i pewnego razu już się zwyczajnie nie dopięłam. Zniesmaczona i rozgoryczona, urażona schowałam gorset do szafy.

A jeśli chcesz wiedzieć, czy dalej doskwiera mi ból i jak sobie z tym radzę – koniecznie zajrzyj do mojego jeszcze kolejnego wpisu!

Był to ostatni wpis z mojej historii z gorsetem. Jeśli masz jakieś sugestie bądź chcesz, bym poruszyła jakiś temat, który Cię nurtuje – daj znać w komentarzu. Przypominam, zawsze staram się sięgać źródeł naukowych ;).

Dodaj komentarz