Podróż po wpisach. Czerwiec 2008 – lipiec 2009.

moja historia podróż po wpisach

W dzisiejszym wpisie nieco nadgonię z moimi przeżyciami z noszeniem gorsetu oraz ćwiczeniami, bo plan miał być nieco inny, a bardziej naukowe wpisy… nieco później :).
Jeśli jesteś tu po raz pierwszy, serdecznie zapraszam Cię do rozpoczęcia od strony o mnie , a następnie od tego posta.

 

Pierwszego czerwca 2008 roku, na pierwszą rocznicę noszenia gorsetu, dokonałam podsumowania.

Uświadomiłam sobie, że przez cały ten czas, niezależnie, co się działo, ani razu nie opuściłam ćwiczeń. No, poza dwoma dniami, kiedy miałam próby alergiczne i całe plecy zaklejone plastrami, które nie mogły mi się odkleić, a oczywiście szpitala nie stać na coś, co się chociaż nie odkleja.

Wziąwszy to pod uwagę, wyliczyłam, że dotąd przećwiczyłam 450 godzin.

Wtedy byłam niezadowolona i dziwnie nadąsana, że to tak mało. Obecnie, ujrzawszy tę liczbę, uniosłam brwi, zaskoczona, jak mnóstwo to czasu.

***

W połowie miesiąca miałam wizytę u rehabilitanta, która mile połechtała moje ambicje.

Mianowicie, wysłuchał moich żałów, że nie ma poprawy, a w sumie jest trochę gorzej, po czym zapytał, czy się nie cieszę. Odparłam mu, że niezbyt, bo nie na to liczyłam. Posmutniał.

W trakcie ćwiczeń, lustrując mnie bacznym wzrokiem, w pewnym momencie znienacka wyznał:
– Zawziąłem się.
Jeszcze chwilę trzymałam nakazaną pozycję, po czym powróciłam do luźnego leżenia, wypuszczając powietrze z płuc. Z wyczekiwaniem wykręciłam ku niemu twarz.
– Jak to ma nie być poprawy – wręcz się obruszył. – Będzie! Jak pojedziesz w sierpniu do pana ortopedy, to zobaczy.
Minę miał zaciekłą, a wzrok płomienny.
Uśmiechnęłam się.

Przed wyjściem zapytałam go o ból pleców molestujący mnie niemal nieprzerwanie. Odparł, że wychodzi na to, że po prostu “pieroństwo chce się cofnąć”.
W tym miejscu przystanę na chwilę. Dziesięć lat temu napisałam, że „faktycznie, przecież mam skoliozę złośliwą”.
Tak po prawdzie, wątpię. Mogła być zaciekła, krnąbrna, ale raczej nie złośliwa. No, chyba że trafiłam na tak rewelacyjnego specjalistę, który ją odpowiednio zaadresował ;).
Tak czy inaczej, wtedy, kiedy usłyszałam to określenie, aż przeszedł mnie jakiś dreszcz… przyjemny dreszcz. To było takie… fajne, kozackie, borykać się ze skoliozą złośliwą*.

Przy okazji dostałam ćwiczenia na koślawość kolan, w związku z którymi miały mnie także czekać wkładki do butów. Zważywszy na fakt, że niedługo miałam mieć założony aparat ortodontyczny, przyprawiało mnie to o swego rodzaju rozbawienie, że niedługo nie pozostanie mi ani jedna część ciała nieujęta w jakąś ortezę.

Potem, wyposażona już w to wszystko, śmiałam się, że noszę na sobie jakieś pięć tysięcy złotych.

Acz do śmiechu mi nie było. Wkładki poznaczyły moje stopy bąblami i sińcami, gorset ciało ranami, otarciami i odparzeniami – a aparat miał mnie nauczyć przyciskać język do podniebienia przy przełykaniu śliny, bowiem napierałam nim na zęby, krzywiąc je.
Ciął więc mi język do krwi.

***

W pewnym momencie domontowano mi do gorsetu pelotę mającą na celu wciśnięce garba. Zaczęła od odciśnięcia mi na żebrach strasznej, zaropiałej rany.
Potem, pod wpływem upałów, zmiękła i zaczęła się rozklejać. Patrzyłam na to obojętnie.

W międzyczasie dostałam się do liceum w Katowicach. Najlepszego.
Wspominam o tym i teraz, bo 10 lat temu „po raz pierwszy dostrzegłam, ile mnie to kosztowało, że sama sobie na to zapracowałam… Że wychodzę z gimnazjum z takimi wynikami… Ja, sama! – nie on, nie ona, nie Ty, ale sama włożyłam w to kupę pracy i pomimo tego xxx kręgosłupa oraz innych dolegliwości dałam radę. Jestem z siebie cholernie dumna :].”

Boże, nawet sobie nie wyobrażacie, jaka jestem z siebie dumna teraz.

I nie wyobrażacie sobie, jak bardzo warto walczyć o coś takiego.
Toteż, zachęcam, byście wypowiedzieli swojej skoliozie wojnę. Nic nie smakuje tak słodko jak i najmniejsze zwycięstwo wydarte w takiej nierównej walce.

A nie miałam wtedy łatwego okresu. Kręgosłup silnie dawał się we znaki; często traciłam czucie w prawej nodze i dopadały mnie duszności, jakby coś gniotło mi pierś. Przygnębiała mnie dodatkowo świadomość, że w lato znów czeka mnie męczarnia, a po lecie nastanie zima, na którą spuchną mi palce u rąk oraz nóg, a znaczyć je będą ślimaczejące się, niegojące się rany.
Nosiłam też te nieszczęsne wkładki, twarde, niewygodne i śliskie. O tyle że wiedziałam, że moje ciało do nich przywyknie, tak jak uprzednio do gorsetu.

Na szczęście przez ten rok szybko nauczyłam się, że nie mogę się rozkleić, bo nijak mi to nie pomoże. Nikt nie był w stanie zdjąć ze mnie bólu ani dolegliwości z krążeniem.
Nie starałam się być mężna. „Pewne… rzeczy… kształtują pewne postawy”.

Co więcej, 19 września 2008 roku przytoczyłam cytat (najpewniej z Pratchett’a), który dziś, jak na niego się natknęłam, sprawił, że coś we mnie drgnęło.

“Trzeba być zdrową rybą i płynąć pod prąd; z prądem płyną ryby chore albo zdechłe”.

***

W lipcu miałam wizytę u pana od gorsetu. Wymienił mi on wkładki w butach na mniejsze, gdyż w poprzednich przestałam chodzić, bo moje stopy przyozdobiły piękne, wielkie bąble, a z bólu jeszcze bardziej wykrzywiałam nogi.

Odkrył on, iż mam nierówne nogi. Zdziwiło nas to. Na poprzedniej wizycie, kiedy podjął nas jego zastępca, wszystko było w porządku.

A że pan od gorsetu to człek konsekwentny i sympatyczny, zawołał swojego asystenta pomimo naszych usilnych próśb, “O kurdę, on tu jest? Nie może Pan po nas tego załatwić?”. Gderał do zastępcy, jakżeś dziewczynie nogi zmierzył, różnica jak ten zeszyt! A zeszyt miał jakiś centymetr grubości. I pan zastępca stwierdził, że, no, owszem, trochę nierówne są te nogi. Biedny, wstydu się najadł, tak śmiesznie mrugał tymi oczami…

I w tym miejscu na chwilę przerwę swoją opowieść.

Jakoś nie pomyślałyśmy, że przecież ortopeda by zauważył tę różnicę w długości nóg. Słowem, ów pan niestety się porządził.

Na szczęście szybko wyszło to na jaw, że garb zwiększał się w nich z 5 stopni do 8… Pomyśleć, że przez wakacje, gdyby nie te wkładki**, mogłoby się polepszyć…

***

Ćwiczyłam z jeszcze większym niż uprzednio uporem. Był to dla mnie ostatni dzwonek, póki kręgosłup nie przestał rosnąć***.

Bywało różnie. Czasami rozpierała mnie euforia, bo wszystko szło jak z płatka, a poprawę wręcz czułam. Potem nadchodziły te chwile – chwile, dużo chwil długiego, obezwładniającego bólu w plecach, po których następowało pogorszenie, jakby ktoś odciął mi sznurki. Po tych chwilach miesiące morderczego wysiłku, żeby przywrócić stan sprzed pogorszenia. I tak w kółko.

Często dopadały mnie nerwobóle. Te słabsze i te powalające, sprawiające, że oddychanie przysparzało ogromny ból. Były jak nóż wbity w lewą stronę klatki piersiowej. Trwały od 3 dni do 2 tygodni, dawały mi wytchnąć przez parę dni, a potem znów wracały, ciągle i wciąż.

Marzyłam o porzuceniu gorsetu, ale kiedy przymierzałam się do tego myślami, ogarniał mnie strach. Póki go na sobie miałam, miałam szansę.

A czasami sobie siadałam i dumałam, że w sumie osiągnęłam mnóstwo.

Choćby to, że się nie poddałam.

Po czym dopadały mnie myśli, że owszem, odmawiam sobie pływania w lodowatej wodzie odkrytych basenów i jazdy konnej, ale… ja kiedyś będę wolna i to wszystko potem mnie czekało. W odróżnieniu od osób, które są poddawane operacjom.
Koniec walki ze skoliozą widniał w moich myślach jak wyjście z piekła.
Och, skolioza była łatwa. Piekło było na zewnątrz mnie.

Bo miałam okazję poznać też to, które jest wewnątrz.

***

Były kolejne wizyty i copółroczne RTG. I zawsze przed taką wizytą pojawiał się ból oraz następowało pogorszenie.
I nagle, ku mojemu niebotycznemu zdumieniu, okazało się, że skrzywienie z 30-tu stopni… spadło do 26-ciu. 26-ciu! To było nie do pomyślenia. Czułam się, jakby wyrosły mi skrzydła. Jeśli sądziłam, że wcześniej ćwiczyłam z maniakalnym uporem, to brakło mi określeń na intensywność ćwiczeń po poznaniu tej radosnej nowiny.

A jeszcze zdarzyło mi się wybrać na rower i po raz pierwszy nie czułam bólu.

Był to pierwszy cios, jaki poczułam, że zadałam swojej skoliozie.

Nadeszły wakacje – leniwe, dość przyjemne, bo ani krążenie, ani plecy nie dokuczały mi zbytnio. Basen kilka razy w tygodniu, wypady na rower, dużo spacerów, a mięśnie pracowały. Było tak lekko, tak beztrosko…

I nagle pewnego dnia, zupełnie bez zapowiedzi, runęłam w otchłań jakiegoś koszmaru.

 

* Skolioza złośliwa nie dość, że może postępować bardzo szybko (50 stopni na 4 miesiące), to nic sobie nie robi z rehabilitacji i postępuje jak wściekła. Tematu zbytnio jeszcze nie zgłębiałam, tylko sprawdziłam z ciekawości, korzystając z Wikipedii oraz fragmentu The Adolescent Spine na Google Books.

** Przez te wszystkie lata spostrzegłam, że taka stabilizacja (czy to wkładki, czy stabilizatory nadgarstków bądź kolan) może wyrządzać więcej szkody niż pożytku. Rzecz jasna poruszę tę kwestię w którymś z postów.

*** W swoich postach nt skoliozy u dorosłych oraz skoliozy u dorosłych na moich przykładzie rozwiałam ten mit.

 

Posty z okresu od czerwca 2008 do lipca 2009, z jakich korzystałam, tworząc wpis.
[1 czerwca 2008] Ojejuuuuuuuu! Mija właśnie okrąglutki rok, jak połączyłam się z moim przyjacielem. Równiusieńki rok, chyba nawet godzina się mniej więcej zgadza… Kurdę, no! Jak ten czas leci… :] Z tej okazji pragnę memu przyjacielowi złożyć najserdeczniejsze życzenia płynące wprost z głębi mojego drżącego serducha, aby moment naszej rozłąki nadszedł jak najpóźniej, a nasze współżycie kwitło z dnia na dzień, wydając wspaniałe owoce. Życzę też, aby wreszcie ten durny palant się ode mnie odwalił raz na z a w s z e!
[9 czerwca 2008] Ja sama nie wiem, skąd u mnie taki nastrój, skoro ostatnimi czasy miałam ochotę wdrapać się na szczyt wieżowca, stanąć na krawędzi dachu, spojrzeć kilkadziesiąt metrów w dół, pożegnać myślami najbliższych, po czym, nabrawszy tchu, rozłożyć ręce i z pogodnym “hop!” rzucić się w dół. A w locie śmiać się obłąkańczo. Żart. Życie jest zbyt cenne, ja n a p r a w d ę żartowałam! Nie bijcie “xD.
Dopiero teraz, po roku, dotarło do mnie, ile osiągnęłam. Wzięło mnie wczoraj na oglądanie wszystkich badziewnych zdjęć, jakie mam i znalazły się i te, na których chciałam zobaczyć, ot, jaki ze mnie krzywus. O łe, nieapetyczny to widok. Zaś teraz… Teraz… Chlip, nie mogę, wzruszyłam się ;(.
… :D!
W czwartek jakieś modyfikacje ćwiczeń, cium-cium, rum-cium. Nareszcie, aktualnymi już po prostu rzy… Yy, mam ich dość. Ostatnio mam dość prawie wszystkiego. Chyba najbardziej… szkoły.
Uświadomiłam sobie, że od ponad roku, jak noszę gorset, ani razu nie opuściłam ćwiczeń. No, może 2 dni, jak miałam próby alergiczne i całe plecy zaklejone plastrami, które nie mogły mi się odkleić, a oczywiście szpitala nie stać na coś, co się chociaż nie odkleja. To były koszmarne 2 dni.
Czyli, ile to ćwiczeń? 6 dni w tygodniu od 9-ciu miesięcy, pierwsze 3 po 7 dni… Hmm… Ok. 90 + 250, czyli razy jakieś średnio 1 i 2/5 godziny… Wychodzi ok. 450 godzin ćwiczeń. Kurdę! Myślałam, że zabrzmi to bardziej imponująco… xD
[13 czerwca 2008] Po wizycie. Tak po raz pierwszy bez owijania w bawełnę przejdę do rzeczy :].
Jestem bardzo… Hmm… HMM… Zadowolona. Naprawdę.
Pomińmy moje i mojej mamy nieudolne próby powstrzymania wybuchu śmiechu w poczekalni na dźwięk głosu pana rehabilitanta (kupiłby sobie dźwiękoszczelne drzwi, swoją drogą). Na wstępie zadałyśmy kilka pytań: o piłkę ortopedyczną, drążek, niestety, nie wolno mi przy za dużym na nie skrzywieniu. Dobra, stety, przynajmniej kasy się zaoszczędzi ;D.
Yeay, dostałam ćwiczenia na koślawość kolan! Wydają się ciekawe, mam nadzieję, że pomogą. No i czekają mnie wkładki do butów. Khh, wkładki, gorset, jeszcze szykuje się dla mnie jeden hit- nie wiem, czego mi jeszcze brak ;).
Pan zapytał się mnie, po wysłuchaniu, że w sumie nie ma poprawy, może jest ciut gorzej, czy się nie cieszę. “No, niezbyt, bo jednak liczyłam na to”, odparłam mu, na co jakby posmutniał. I b a r d z o dobrze!
Nieomal wszystkie ćwiczenia w liczbie 9-ciu są w gorsecie, ale mają dużo powtórzeń. Auuu, już czuję, że będzie boleć, zwłaszcza koci grzbiet w gorsecie. Już mam potłuczone żebra, po dwóch powtórzeniach po kilka sekund, a ma ich być 12 :D. Ale, cóż, damy radę, najwyżej się połamię w drodze do sukcesu.
Ostatnie, jedyne ćwiczenie bez gorsetu to rozciąganie. Kurdę, podobała mi się ta wizyta. Nie zostałam “wysłoneczkowana” (nie pytać!), na dodatek, co aprobuję naj, naj, najbaaardziej, pan rehabilitant wyznał, że… Się zawziął. “Jak to ma nie być poprawy, będzie! Jak pojedziesz w sierpniu do pana ortopedy, to zobaczy.”
A ja już to ortopedzie zapowiedziałam :D. Niech się szykuje na całowanie pięt. Żartuję xD.
Zapytałam się o ten molestujący mnie non-stop ból i wychodzi na to, że po prostu “pieroństwo chce się cofnąć”. Faktycznie, przecież mam skoliozę złośliwą. Metodą jest unikanie bólu i od razu położenie się na plecach. Wrr, ale przynajmniej przez 2 miesiące nie będę skazana na siedzenie!
Aktualnie jestem optymistycznie nastawiona. Musi być dobrze, pojedziemy z koksem na całego.
[20 czerwca 2008] Yeay. Wakacje! Jak ja się cieszę, że wreszcie wolne a przede mną ponad 2 miesiące laby, laby i jeszcze raz laby!
Plany wakacyjne? Rather no plans [:. Będę się pewno nudzić, bazgrząc po ścianach (mój ambitny plan), czytając wszystkie książki Partchett’a (mój ulubiony) i oczywiście łazić po łonie natury (moje przymusowe zboczenie), a po dwóch tygodniach zapragnę iść do szkoły z braku zajęć. No, ale w końcu liceum. Nie mogę się doczekać, mam nadzieję, że przyjmą mnie w Katowicach.
Nareszcie zostawiam tę klasę! Osoby, z którymi w przyszłości z chęcią zamienię kilka słów, mogłabym zliczyć na palcach jednej ręki. Tak, taak!, serio. Zaś reszta… Upajającym jest uczucie, że raczej ich już nie spotkam. Buahahaha >D.
Ale, kurdę, jestem z siebie dumna. Jak tak szłam przez miasto z wielką książką pod pachą, z teczką z ładnym świadectwem i jeszcze słownikiem, w białej koszuli i spódniczce (ciii, Wy nie wiecie nic o absolutnie niegalowych kolorowych trampkach “xD), z włosami dumnieolabogacojatuwypisujęstuknijcemniepowiewającymi na wietrze, po raz pierwszy dostrzegłam, ile mnie to kosztowało, że sama sobie na to zapracowałam… Że wychodzę z gimnazjum z takimi wynikami… Ja, sama!- nie on, nie ona, nie Ty, ale sama włożyłam w to kupę pracy i pomimo tego xxx kręgosłupa oraz innych dolegliwości dałam radę. Jestem z siebie cholernie dumna :] Ze skoliotycznych niusów…
Wkładki w butach dają w kość. Są twarde, niewygodne i śliskie, więc nie dość, że tłuczą mi kości samymi sobą, to jeszcze noga mi na nich jedzie w przód, i mam już otarte, spuchnięte palce. Ale dam radę, wiem to po gorsecie- może do końca wakacji nauczę się chodzić w porządku ;D.
Ćwiczenia na kolana są bolesne. Bolą łydki, bolą mięśnie nad kolanami, bolą ścięgna przy rozciąganiu. Czyżby miały mi się i nogi wydłużyć, jak wcześniej kręgosłup?
Ćwiczenia na kręgosłup są równie bolesne i dłuższe. Przy każdym boli co innego. Plecy, brzuch bolą jak wypełnione żarem. Jeszcze coś mam nietentego w gorsecie i naciska mi na żebra aż do łez.
Z plecami zaś coś nie tak, dokuczają do, za przeproszeniem, porzygania, do paraliżu prawej nogi. WRR.
Jeszcze mi się musiało kunwa mać coś przestawić, bo non-stop jest mi duszno. Nie mogę nabrać tchu, każdy oddech jest ciężki jak głaz. Jezuuu (wiem, nie używaj imienia Pana Boga swego nadaremno)! Chciałabym wreszcie żyć normalnie, bez tej świadomości, że zaraz coś zaboli, będzie przeszkadzało. Że się pokrzywię, jak nawet będę spała wygodnie. Że miną bóle letnie i nastanie zima, dla mnie krew znowu lejąca się po dłoniach. Wrrrrrrrkjsnhduf zabić!
Kurdę. Jak to możliwe, że zaczęłam tak optymistycznie, a skończyłam na rozgoryczeniu i poczuciu beznadziejności?
A jeszcze 5 godzin temu napisałam: “Dzisiaj nic nie popsuje mi humoru…”
Wiecie co?
Dajcie mi porządnego kopa w dupsko. Nie mogę się rozmemłać.
[30 czerwca 2008] Aha, wspomniałam już, że dostałam się do Katowic? Nie? No, to piszę:
Dostałam się do Katowic, łu-huu!
Jestem szczęśliwa, a co :]. Na liście klasy wg liczby punktów byłam 6., ale mogłabym być równie dobrze ostatnia. Oceny nie świadczą dla mnie o człowieku.
Klasa zwie się 1A- znowu! Ale jeszcze nie to jest najgorsze, o niee… Najgorsze, najbardziej przerażające, przepaskudne, arcyokropne, odstręczające, dupens złe jest to, że w klasie naliczyłam tylko ośmiu chłopaków! Łeee, mam już uraz do dziewczyn, ja się tak nie bawię ;_;.
Jeszcze ruskiego nie mogę się uczyć, bo się grupa nie uzbiera. A, co tam, hiszpański też niezły.
Bla, bla, bla, i tak się cieszę, baaardzo, zawsze jakaś zmiana. Żywię nadzieję, że będzie lepiej! Yeay, ale, ale, ale, teraz wakacje, o nich popiszmy, co?
Albo i nie. Nie lubię wakacji. Słodkie nic nierobienie i… Samo nic nierobienie. Aż się nim przesładza. Trudno.
Dam radę, o tak, jestem i będę silna ;D
[15 lipca 2008] … Bardzo się nudzę.
No, może nie. Jakoś są wakacje, a mnie wiecznie brak czasu. Z tego, co zamierzam zrobić, dziennie realizuję może 1/3. Rysunki na ścianach umierają śmiercią naturalną, tylko jeden został skończony. Khh. Jedyne, co mi wychodzi, to czytanie Pratchett’a, ale jego to przecież można chłonąć kilogramami [:.
Focus’y leżą nietknięte. Czytam swoje stare opowiadania w poszukiwaniu pomysłów. I wiecie co?
Wstydzę się tych kup. Byłam głupiutka. Przegłupia.
Dzisiaj miałam wizytę u pana od gorsetu. Mam trochę ucięte wystające biodro gorsetu, bo mi przeszkadzało w ćwiczeniach. Hmm, oby mi tylko coś z gorsetu zostało. Upały były i pelota powoli się rozkleja, ale, co tam, miesiąc jeszcze wytrzyma…
Wkładki mam wymienione na mniejsze. W poprzednich przestałam chodzić, bo moje stopy przyozdobiły piękne, wielkie bąble, a z bólu jeszcze bardziej wykrzywiałam nogi. A najlepsze jest to, że mam nierówne te nieszczęsne odnóża. Na poprzedniej wizycie u pana zastępcy miednica była równo, o dziwo- co przekazałyśmy.
A że pan od gorsetu to człek konsekwentny i sympatyczny, zawołał swojego asystenta pomimo naszych usilnych próśb, “O kurdę, on tu jest? Nie może Pan po nas tego załatwić?”. Gderał do zastępcy, jakżeś dziewczynie nogi zmierzył, różnica jak ten zeszyt! A zeszyt ma jakiś centymetr grubości. I pan zastępca stwierdził, że, no, owszem, trochę nierówne są te nogi “xD. Biedny, wstydu się najadł, tak śmiesznie mrugał tymi oczami…
W efekcie pod prawą wkładką mam przyklejoną wartwę jakiegoś korka. Ale chodzi się całkiem fajnie. Wreszcie. A kiedy stanę we wkładkach przed lustrem, kręgosłup jest jak ta lala, prosty [:.
Ciekawi mnie jedynie, co będzie, gdy nadejdzie moment odstawienia wkładek – zabieg wydłużania nogi?
Ale ja jestem tu i teraz. Jutro też jest przyszłością, może akurat niezbyt atrakcyjną, ale zawsze jakąś.
Pocieszam się myślą, że jeszcze tylko i aż półtora miesiąca.
[28 lipca 2008] Pragnęwcale niepowiedzieć, że od tygodnia (dokładnie 21-go lipca, godz. 9-tej)to nie było dziewiąta, tylko za siedem!jestem szczęśliwąno, dobra, niezbyt szczęśliwą (z tegoż powodu)posiadaczką aparatu na zębyot co.
Przyzwyczajam się do niego, aczkolwiek, nie ukrywam, było ciężko.
Miałam w przeszłości tak odległej, że zdającej się sprzed wieków, aparat ruchomy, ale tamten to prezentuje się teraz jak dziecinna igraszka… Aktualnie mam w gębie pełno akrylu i drutów, do których mój język raczej nie przywyknie, ponieważ nigdy nie wygospodaruje sobie dosyć miejsca, żeby wymówić choćby “r”. Jak to piszał Tełły Płaczet f jednej ze sfoich książek, nie chse mi się c(z)ytowacz- mówie mniej fienczej podobnie. Chocschiasz to i tak niespyt dokładny przekas, bo mófię sobie powoli i jakosz wychodzi. O.
Dlatego zostałam oficjalnie mianowana Kłapaczem. Cha, cha xD.
Powiedzcie mi, czy to jakaś klątwa, jak to określił mój wrrrrbrrrat, że co ortezę czy jak to diabestwo nazwać coś mi się dzieje? Wkładki- kolonia bąbli i dwa sińce, gorset- rany, otarcia, poparzenia- i jeszcze aparat, czyli pochlastany język. Przez pierwsze dni chciało mi się rzygać od tego posmaku krwi w ustach. Ale, ale!, co nie zabije to wzmocni, nie takie rzeczy się przeżywało ;D.
Zwrócono mi uwagę, że ktoś może odebrać moje entuzjastyczne “dam radę!”^n-tej jako zbyteczny heroizm. A więc, nie staram się być mężna. Pewne… rzeczy… kształtują pewne postawy.
[31 sierpnia 2008 – wyciąg tylko tego, co dotyczy skoliozy ;)] Martwi mnie kręgosłup. Ech. Jak na ironię losu przebrzydły drań akurat odezwał się bólem. Przez pewien czas było w porządku, a teraz dokucza przy ćwiczeniach i po pół godzinie siedzenia. Dupa blada.
[19 września 2008] Wspominałam, że wkładki okazały się niewypałem? Jeśli nie, to informuję o tym. Garb zwiększał się w nich z 5* do 8* >>”. Normalnie zabić i wywiesić za jajca przez okno, niech sobie dynda. Pomyśleć, że przez te wakacje we wkładkach mogłoby się polepszyć… Ech, co się stało, to się nie odstanie.
Jak zwykle antyoptymistycznie, muszę nakablować na plecy swe, gdyż, iż, ponieważ są chamskie do czworościanu i nie dają mi kunwa spokoju. Ja już chcę “piątkę” w skali Rissera i dać gorsetowi bezczelnego partyzanta w plery, żeby się raz na zawsze odczepił. Aż mnie coś skręca, jak obserwuję zajęcia na wf-ie, w których uczestniczyć nie mogę…
Trudno, no. “Trzeba być zdrową rybą i płynąć pod prądem; z prądem płyną ryby chore albo zdechłe”. Ta… ;D
[27 października 2008] A ze spraw takich tematycznych… Hmm. No, jakoś mi już mózg uszami chce wypłynąć od tego wszystkiego. Wszystkiego, od nawrotu u rąk, od kręgosłupa, od tego [xyziuwnhevuhdAAAAAAAAAAAAAAa!] ścięgna. Błe.
Żyję czwartym grudnia, żeby już mi zrobili zdjęcie RTG i dla usłyszenia “ciągniemy to dalej” albo zbawienne “swoje odbębniłaś, możemy zacząć to odstawiać”. Jak się okaże, że to jeszcze nie teraz… Toż to ja się chyba załamię TT”
Aha. Jeszcze jedno. Zostałam umieszczona na stronie Ani: www.asymetria.net.pl
Więc jak widać, spełniam się medialnie. Litości. Pieprzę głupoty, aż strach Xx”
[1 grudnia 2008] A więc.
W czwartek (4 grudnia), o godz. 14.30 czeka mnie kolejna wizyta. Kunwa, bo będzie decydująca – RTG wykaże, czy rozstaję się z tym plastikowatym dziadostwem, czy jeszcze nie. Kunwa, bo przez ostatnie piękne 2 miesiące wszystko szło pięknie, było wizualnie przepięknie, cha, a tu? – nadszedł ostatni tydzień i dupa nastała. Ni z gruchy, ni z pietruchy powrócił ból, argh, pokrzywiło się, jak zwykle przed wizytami… Dlatego od czwartku w listopadzie tak przycisnęłam sobie pedał gazu, że po prostu… No “xD.
Co do przyszłości ze zdejmowaniem pancerza… Jestem na wielkie “nie”. Pamiętam, jak się napalałam na pozytywne wizyty i wychodziłam uryczana. Dlatego nie chcę kolejnego rozczarowania i nastawiłam się na kolejne 6 miesięcy dalszej, żmudnej, już bezowocnej pracy (bezowocnej, bo lepiej nie będzie, byleby nie poszło w drugą stronę).
Przyszła zima, jest zimno, zimno i do dupy. Nie lubię odmrożeń. Marzy mi się jakiś cieplejszy klimat, ja wiem, jakieś Włochy czy cóś… No, ale póki co muszę przeżyć tutaj, damy radę. Byleby na święta stało się biało i puszyście [:
EDYCJA (piątek, 05 XII):
Jak zwykle z poślizgiem. Hoł, hoł.
Po wizycie mam mieszane uczucia.
Naturalnie, ze zdjęciem mama poszła sama do ortopedy, jako że ja już pojechałam z Zabrza do domu. Przynajmniej dzięki w miarę neutralnemu nastawieniu zbytnio się nie rozczarowałam: tylko jedno biodro mi się “zarosło” (mocne TH-4), zaś drugie jest na etapie “trójki”, czyli wiek kostny mam 3/4, chociaż ostatnio było 4/5 oÓ. Dla przypomnienia, od TH-5, tj. “piąteczki”, gnaty uznaje się za dojrzałe. Młode dupsko ze mnie pod tym względem jest ;D.
Piekielnie chciałabym już wyjść z tego pudła, ale, cóż, nie jest mi to dane ;)). Co prawda ortopeda zezwolił, w razie mojego maniakalnego uporu, na godzinę krócej raz na 2 miesiące, ale poradził nie ryzykować, bo to wszystko jest świeżutkie… I ja, ciężkim, krającym się sercem obstaję przy skorupce. Pomyślałam, że zimę wytrwam, a od wiosny zacznę korzystać z godziny, może zaryzykuję z jazdą konną w tym czasie, gdyby nie było przeciwwskazań?
Mieszane uczucia. No, tak. Bo wiem!, nie zaczyna się zdań od “bo”, o dziwo, pomimo utrzymujących się przez rok 30-29*, nagle mam… 26. Faktycznie granica błędu? Czy może w końcu mój obłąkańczy wysiłek przy ćwiczeniach coś dał? W każdym razie, kurdę, jestem dumna, bo obiecałam, że podciągnę (choć w to sama nie wierzyłam), a tu ładna dupa, udało się :))
Czyli za 3 miesiące kolejna wizyta. W styczniu rehabilitejszyn. Chłe-chłe ;D
Dlatego trzymajcie się jeszcze mocniej i wytrwałości, musi być dobrze i “cza” się starać. Enjoy ;D
[5 marca 2009] Karlen, do której od czasu do czasu zaglądam, wspomniała, że tak właściwie o krzywusowstwie ciężko pisać ciągle, bo to nie jedna z tych codzienności, co się może zmienić od tak!, chociaż kręgosłup mógłby – na przykład poprzez jakieś nieprzyjemne złamanie po czołówce z TIR-em (Nie, nie, nie, chyba muszę zmienić repertuar w Winampie).
W każdym razie jakoś tak po staremu jest. Nie mogę narzekać, inaczej bym dostała ćypća, no nie? Aczkolwiek, im bliżej wakacji, tym bardziej pragnę, pożądam i przenadpożądam wywalenia tego pudła hen! daleko. Na samą myśl, że już trzeci rok miałabym odmówić sobie pływania w lodowato-lodowatej wodzie odkrytych basenów czy jazdy konnej chce mnie wprawić w jakąś palpitację ;>.
Przy czym dopada mnie ta myśl, że mam i tak dobrze, bo kiedyś w końcu będę, hmm, wolna. Podczas gdy inni stają się kalekami do końca życia i muszą zrezygnować z mnóstwa rzeczy, i to nieodwracalnie. Ale jak tu być człeczkiem i się ascetyzować, skoro jednak mam i rączki, i nóżki, i mogę kicać, i pływać, i w ogóle? Nie będę robić z siebie ę i ą herosa: chyba już braknie mi silnej woli, żeby nie zrobić sobie wakacyjnie po 2 godzinki wolnego ;D.
[13 kwietnia 2009] Z tematycznych njusów.. Cóż. W Dzień Dziecka druga rocznica, kiedy to choinka ciemna zleciało?
Ostatnio prawie zgłupiałam ze szczęścia. Wybrałam się na rower i… Absolutnie nie bolało mnie te cholerstwo, ani ociupinkę! To niby nic, ale można sobie wyobrazić dziką radochę osoby, dla której jazda na rowerze była nieprzyjemna, bolesna… Aach, wiosna pełną parą ;D
Życie jako takie, jakoś jest. Święta okazały się sympatyczniejsze, niż myślałam, że będą, jeest [:
Ostatnimi czasy trochę myślałam na pewien temat.
Gdyż iż ponieważ w pewnym sensie zostałam… Sprowadzona na ziemię.
Pewna osoba kiedyś mi napisała, że taki gorset itd. może wzbudzić troskliwość, potrzebę opiekuńczości. Też tak sądzę, jak już raz wspomniałam: przecież jeśli ktoś ma kogoś pokochać, zrobi to bez względu na kości…
Jednak rzeczywistość jest raczej inna, prawda? Naturalnie, są z pewnością osoby, które tak myślą. Ale nie w tym wieku, nie większość. I w sumie, może to i lepiej, że na razie kogoś… brak?
Bo jak miałby okazać się niestety, no, większością?
[5 czerwca 2009] Miałam napisać równo z tą rocznicą, ale nie wyszło 😀
W każdym razie, w Dzień Dziecka 1 czerwca, tak dla zabezpieczenia przypomnę 😉 obchodziłam drugą rocznicę ze swym plastikiem. Czy czuję się jakoś inaczej? Nie. W poniedziałek było tak samo jak w niedzielę, czy miesiąc, a może nawet i pół roku temu.
Jako podsumowanie napiszę jedynie, że liczę, że to ostatnia rocznica, jaką obchodziłam. Gorset jako tako jest znośny, ale… Co tu mówić, mam go już po prostu dosyć. Tak wyleźć na rower zupełnie bezboleśnie, na basen, na konie, aaach, marzenia… *____*
Niedługo wizyta i kontrolne zdjęcia. Błagam, niech te cholerne gnaty się w końcu zarosną, argh.
Tak czy siak, jestem dobrej myśli, chociaż staram się o tym w ogóle nie myśleć, żeby się nie rozczarować.
Marzenia się przecież spełniają, nie? Słonko… ekhem, świeci, ptaszęta świergotają, idą wakacje – to wszystko tak upaja. I to jest ważne (:
[17 lipca 2009] Wakacje, jak to wakacje. Toczą się. Czasem gnają. I czemu uwielbiam te momenty, kiedy gnają? Bo chcę, żeby to właśnie one się ciąągnęły, tak mozolnie…?
Tak czy siak: to chyba najlepsze wakacje w moim życiu. Nawet z plastikiem, bez jeżdżenia na odkryte baseny, bez jazdy konnej czy z zamkniętym “normalnym” basenem. Nawet rower zaczął mnie cieszyć, dzięki komuś naprawiony i teraz jeździ się na nim niczym na szatanomobilu wybaczcie określenie, zero podtekstów religijnych, tylko taka nazwa :))
W tej pięknej, optymistycznej i jakże och-ach notce chciałam poruszyć pewną kwestię.
Natknęłam się na wiele blogów, gdzie dziewczęta skarżyły się, iż:
a) są krzywe i będą samotne,
b) mają gorset i tym bardziej będą samotne,
c) są po operacji i kaplica totalna.
A więc, moje kontrrargumenty?
Jeśli ktoś ocenia po plecach, to wybaczcie, ale jest chyba jakimś zacofanym kalafiorem. To tak jakbym ja spojrzała na osobę bez ręki i uznała, że to bezwartościowy pacan, z którym znajomość będzie stratą czasu.
Jak to się mówi: “Jesteś tak stary, jakim się czujesz”. Tu jest podobnie. Jeśli nie traktujesz krzywości/gorsetu/druta w plecach jako niesłychanej kary, inni też tak nie będą tego traktować. Widzicie oczami wyobraźni takiego małego krzywuska, co się kuli w kącie, nie chcąc nikomu wadzić? Bo sam czuje się gorszy i be, do pupy? I z pewnością takiego o wiele prędzej zaczną zaczepiać i z niego szydzić niż z osoby, która się ceni, ma “normalne” poczucie wartości. Naturalnie, nie wykluczam, że czasami otoczenie trafia się… nieziemskie. Aż się wierzy, że takich ludzi to tylko bocian mógł przynieść.
No i na zakończenie. Noszę gorset, tak, już ponad 2 lata – i co z tego? Nie jest to przeszkodą w stosunkach z ludźmi, dokładniej, jakichś relejszyns damsko-męskich. Poważnie. Ba, plastiku to nawet chyba u mnie nie widać… A jeśli widać… Trudno.
To wszystko, cóż, wiele uczy. Ale nie żałuję ani jednej chwili spędzonej w tym pudle, nawet agonalnego zwijania się na podłodze czy ran. Gdybym miała do wyboru nigdy nie być krzywą i tego nie doświadczyć, już wolałabym zginać się pod kątem prostym do ziemi. Ach. Ach, ach i ach do potęgi…69-ej? ;D :***
[część z wpisu podsumowującego ten okres] W pewnym momencie domontowano mi do gorsetu pelotę. Szatańskie narzędzie, na żebrach zrobiło mi obrzydliwą, zaropiałą ranę. Dopiero patent w postaci podkładki z waty i plastrów pomógł ją zagoić. Ale pelotę mi przesunięto, jest w porządku. Nacieki na biodrze i żebrach zostaną, jednak i tak sądziłam, że zyskałam o wiele więcej, niż przez co musiałam przepełznąć. Chociaż, nie będę oszukiwać nawet samej siebie, liczyłam na dużo więcej.
Nadal ćwiczyłam, z jeszcze większym niż uprzednio uporem. Był to dla mnie ostatni dzwonek, póki kręgosłup nie przestał rosnąć.
Bywało różnie. Czasami rozpierała mnie euforia, bo wszystko szło jak z płatka, a poprawę wręcz czułam. Potem nadchodziły Te Chwile – chwile, dużo chwil długiego, obezwładniającego bólu w plecach, po których następowało pogorszenie, jakby ktoś odciął mi sznurki. Po Tych Chwilach miesiące morderczego wysiłku, żeby przywrócić stan sprzed pogorszenia. I tak w kółko.
Czasami siadałam i dumałam, że w sumie osiągnęłam mnóstwo. Choćby to, że się nie poddałam.
W międzyczasie, hm, wyłudziłam od ortopedy ćwiczenia na wyprostowanie nóg, gdyż zauważyłam, że kolana lubią tak zjeżdżać ku środkowi. Usiłowały stać się tak zwanymi iksikami. I ten zestaw wykonywałam, tyle że po braku efektów, z braku czasu, zaprzestałam. Chyba uznałam, że to nie aż tak koszmarna wada. Miałam wkładki. Małe, twarde, plastikowe diabły, raniące i siniaczące stopy.
Często dopadały mnie nerwobóle. Te słabsze i te powalające, sprawiające, że oddychanie przysparzało ogromny ból. Ten pęk noży wbity w lewą stronę klatki piersiowej albo wręcz ciosy morgensternem. One zostały do dziś.
Były kolejne wizyty i copółroczne RTG. Nagle, ku mojemu niebotycznemu zdumieniu, okazało się, że skrzywienie z 30-tu stopni… spadło do 26-ciu. 26-ciu! To było nie do pomyślenia. Czułam się, jakby wyrosły mi skrzydła. Jeśli sądziłam, że wcześniej ćwiczyłam z maniakalnym uporem, to brakło mi określeń na intensywność ćwiczeń po poznaniu tej radosnej nowiny.
Minęła zima, nastały wakacje po pierwszej klasie liceum.
Wakacje – jak to wakacje. Laba, słońce, upały wraz z przenośną, gorsetową sauną. Ciechałam się, ponieważ krążenie nie dokuczało zbytnio i palce nie puchły mi na podobieństwo parówek, jak to miało zwykle miejsce. Z kręgosłupem było bardzo ładnie. Basen kilka razy w tygodniu, wypady na rower, dużo spacerów, a mięśnie pracowały. Było tak lekko, tak beztrosko…
Aż tu nagle niespodzianka – szkoda tylko, że “niespodzianka” to pojęcia względne.

 

 

Dodaj komentarz