Czy ja w ogóle mogę ludziom radzić.

motywacja

Dzisiaj chciałam poruszyć dość istotną kwestię, a więc: czy ja w ogóle mogę ludziom cokolwiek radzić i do czegokolwiek ich nakłaniać w kwestii leczenia skoliozy.

Dopóki nie zaczęłam prowadzić bloga, nie zdawałam sobie w pełni sprawy z tego, jak bardzo wyjątkowe jest bezoperacyjne rozprawienie się ze skoliozą. Wydawało mi się, że jak się przyłożyć i być konsekwentnym, osiągnięcie pożądanych rezultatów to tylko kwestia czasu, no i właśnie konsekwentności oraz dyscypliny.

10 lat temu z dumą oraz zadowolonym uśmieszkiem pod nosem pisałam: „… pełna czujność. Nie lekceważyć objawów, stania na jednej nodze, nie dźwigać toreb na jednym ramieniu, nie siedzieć z nóżką na nóżce jak eleganckie panienki, nie garbić się, nie lekceważyć objawów, nie zaniedbywać aktywności fizycznej, nie lenić się, uwierzyć w siebie…”

Pomijając oczywisty fakt mojego wtedy zahukania, trzeba zwrócić uwagę na jedną, kluczową kwestię.
Otóż, to nie takie proste.

Dopiero kiedy zaczęłam pracować blogiem, dosłownie uderzyło mnie to, jak negatywne opinie ma leczenie gorsetem. Kiedy zaczęłam dzielić się swoim sukcesem, odpowiedź zwykle byle nastroszona, warkliwa: „mnie nie pomogło”, „i tak musiałam mieć operację”, „tak? Tobie pomogło? A to CIEKAWE”.

Bo to przecież nie jest tak, że tylko ja jestem i byłam wyjątkowo samozdyscyplinowana oraz zaciekła, a wszyscy inni to niebywałe lenie oraz olewusy, i niepowodzenie w leczeniu skoliozy to tylko i wyłącznie wynik zaniedbań, oraz lenistwa.
Bo, niestety, wiele osób się leczy, czy też – próbuje. I a to lekarz może być niekompetentny (widząc stan wiedzy w internecie, nieaktualny, można się tylko przeżegnać i domyślać, jaki jest ten lekarzy), gorset źle wykonany, albo skolioza jest nieprzewidywalna.
W artykule, którego na razie z nazwy nie wspomnę, ale w przyszłości dokładnie omówię, bowiem jest cudowny i kompleksowy, taka skolioza została porównana do liścia spadającego z drzewa; jak dzięki prawu grawitacji Newton’a możemy określić, gdzie spadnie z drzewa jabłko, tak nie sposób przewidzieć, gdzie wyląduje liść. I to są właśnie takie skoliozy.

No więc jesteśmy w tym punkcie i można by pomyśleć, że w takim razie w ogóle nie warto się starać i szukać wyjścia innego niż operacyjne, skoro każde jest skazane na niepowodzenie ;). Bo, naprawdę, jeśli ktoś chce się dowiedzieć, czy jest szansa na poprawę dzięki ćwiczeniom oraz gorsetowi, napotka na mur z wielkim NIE.

Ale, ale!, oto tu, wreszcie, jestem też ja. I bynajmniej nie po to, by zniechęcać Was do szukania nieoperacyjnych metod.

„Wreszcie”, bo przez lata gardziłam i wykpiwałam pomysł spisania swoich przeżyć ze skoliozą. Naprawdę. Jawiło mi się to tandetne, nieciekawe, niepotrzebne.

A tu nagle, pod wpływem impulsu, z ciekawości przeszperałam internet za podobnymi sobie przypadkami – i nie mogłam uwierzyć, że ich nie znajduję.
Jednym słowem totalna luka, choćby czekająca na wypełnienie, a to – przeze mnie.

Nie mogę się oprzeć niewygodnemu wrażeniu, że to jak z moim przedłużającym się wiekiem kostnym, bym choćby osiągnęła jeszcze trochę poprawy (tu zapraszam do moich minionych wpisów).

A to chyba niemożliwe, abym była aż tak wyjątkowa, prawda?
No, chyba nie. Więc to sobie wyjaśnijmy.

Jako pierwsze i najważniejsze, powiedzmy to sobie wprost: nie miałam najlepszej kliniki i najznamienitszych prowadzących lekarzy, o jakich huczy w sieci, że wyprowadzili mnóstwo dzieciaków ze skoliozy. Znaczy, znamienitości im nie odmawiam, tak samo jak kompetencji; jednak fakt faktem, znani nie są, a więc nie można złożyć mojego sukcesu na karb najlepszej dostępnej metody leczenia. W porównaniu z tymi, jakie są teraz, naprawdę kompleksowymi, moja była, cóż, dość uboga, adresująca samo skrzywienie, bez wzorca chodu, korygowania postawy, równowagi…

Bo i coś musi tkwić w moim rygorystycznym podejściu, bo nie mogli wyjść z podziwu, tak ortopeda, jak rehabilitant, że mam takie osiągi. Byłam fenomenem. Nie było normalne korygowanie skrzywienia w takim tempie; nie było normalne w ogóle. Miało się tylko zatrzymać (a, tytułem przypomnienia, zmniejszyłam je z 38,5 stopnia do nieco ponad 20).

Bo też, tak jak niemal wszyscy żalą się, że gorset to sobie można, za przeproszeniem, do dupy wsadzić, tak jest wprost zatrzęsienie od stwierdzeń typu (parafrazuję): „ja to gorset tylko raz włożyłam, a potem już wcale xD”, „ a ja swój wyrzuciłam na śmietnik! :p” (jakkolwiek niewiarygodny, autentyk! I to nie odosobniony…); „ja się przemęczyłam dwa tygodnie/miesiąc/X, a potem to olałam”; „nie chciało mi się ćwiczyć…”.
Także sami biedni rodzice się żalą „co zrobić, jak dziecko nie chce ćwiczyć…”; „nie mam serca zmuszać do gorsetu, no wiadomo, nastolatka, to dla niej straszne, nosić coś takiego do szkoły…”; „ona tak cierpi, nie mogę zmuszać, żeby to nosiła…”.

Z czego wyłania się obraz dość nieciekawy.

I łatwo można wyłowić z tego wszystkiego prawdę: owszem, część przypadków naprawdę była/jest pechowa i mimo starań skolioza się pogorszyła/pogarsza. Ale w większości tak się stało przez zaniedbanie.

Problemem naszych czasów jest komfort. Oczekujemy, że wszystko będzie na już i rezygnujemy z rzeczy, na które trzeba zapracować. Tu mam na myśli młodszych. Czasy, w jakich dorastacie, sprawiają, że można mieć wiele rzeczy małym kosztem.
Jest to zniechęcające, ale też, uwaga, może motywować.
Już 10 lat temu, co napawa mnie dumą, przytoczyłam cytat, w który naprawdę wierzyłam, wierzę dotąd i się nim kieruję:

„Trzeba być zdrową rybą i płynąć pod prądem; z prądem płyną ryby chore albo zdechłe.”

Oczywiście, nie byłam niezachwiana i harda bez ustanku. I ja miałam swoje krytyczne załamanie, by poddać się operacji. To, przyznaję, kuszące.
Operacja zwalnia z wysiłku, odpowiedzialności.
Niestety, może nieść straszne komplikacje oraz powikłania. Te jednak są, no, przymusowe, nieuniknione. A musząc nosić gorset i ćwiczyć, zawsze można ich poniechać, czyż nie? To jak zrzucić niewygodny, za ciężki wór z barku.

Tu pozwolę sobie na pewną dygresję i porównam nastawienie moje oraz kolegi. Złamał sobie palec u nogi, co było idealnym pretekstem, by nie robić nic.
Mnie w podobnym czasie zaatakowała podagra. Stopa nie mieściła się do buta, palucha zginać nie mogłam, a ból był naprawdę niemożliwy. Generalnie chodzić nie mogłam.
Zamiast jednak z chytrym uśmieszkiem wykorzystać tę okazję i się wylenić za wsze czasy, wykorzystywałam ten czas, by nadrobić jak najwięcej zaległości przy komputerze, jako że i tak musiałam więcej siedzieć. Nie mogę chodzić? No nie mogę. Ale ciało od kolan w górę mam sprawne. Co drugi dzień ćwiczyłam na drążku oraz pompki choćby na kolanach. I robiłam przysiady. Niezginający się, parówiasty paluch i w tym nie przeszkadzał.

Tak, wiem, co się aż ciśnie na usta, czy też, w tym przypadku, pod palce: dobra, dobra, ale mimo wszystko Ty byłaś/jesteś pracowita, zdyscyplinowana, a ja/moje dziecko to po prostu pozbawiony sumienności leń.

A ja, w odpowiedzi na to, z czegoś się zwierzę.

Jeszcze do niedawna byłam, szczerze, przekonana, że ludzie, którzy są w czymś naprawdę dobrzy bądź osiągają w jakiejś dziedzinie – powiedzmy, sporcie – sukcesy, mają do tego predyspozycje, a więc są po prostu lepsi, a ja nigdy tego nie osiągnę i pozostaje mi tylko do tego wzdychać bądź niemo wylewać frustrację.
Teraz nie potrafię sobie przypomnieć, cóż to za przełomowy moment był, jednak w tym roku zwyczajnie mnie olśniło.
Że to nieprawda.

Bo prawdą jest, że predyspozycje to jedynie 5% sukcesu. Reszta to ciężka praca.
Bądź, jak ja wolę to ująć, wymówki.

Bo, nie ukrywam, i dla mnie było (a i z pewnością czasami wciąż jest) atrakcyjne nie robić z sobą nic, bo inni wtedy współczują i się litują. Zwracają uwagę. W moim wieku wtedy, jak leczyłam swoją skoliozę, to było takie… fajne. Być takim biednym. Inni się cięli cyrklem, a ja miałam gorset i poznaczone ranami dłonie. Ach, i co jakiś czas lądowałam w szpitalu z powodu brzucha.

Na szczęście wolałam imponować inaczej. Osiągać swoje cele mimo nękających mnie dolegliwości.
A może te wszystkie choroby sprawiały, że szukałam od nich ucieczki, jakiejkolwiek wolności i chciałam wydrzeć choć trochę życia spoza nich? I byłam, ach, szczęściarą, że je miałam, by mnie zaganiały do pracy nad skoliozą, jedynym, na co miałam wpływ?

Na początku wpisu sparafrazowałam komentarze, jakimi było kwitowane moje szczere pragnienie, by inni dowiedzieli się, że można okiełznać skoliozę bez operacji. Tym, co w nich czuć, to zawiść, niechęć. “Ach, ta to lepsza, UDAŁO JEJ SIĘ, miała szczęście”.

Jak też już miałam okazję wspomnieć na blogu, nie, nie udało mi się. Ja na to ciężko, naprawdę ciężko, przez lata, zapracowałam*.

Mój wspaniały partner „odkrył” doskonałą metodę, jak zmusić się do zrobienia czegoś, czego się kompletnie robić nie chce. I przyznaję, naprawdę działa. A brzmi ona:
Jak nie chce ci się czegoś zrobić – zrób to od razu, teraz, natychmiast.

Wróćmy jednak do początku, do tego, czy i jak się leczyć. Bo wiele z Was to robi/próbuje, a efekty często są odwrotne i skolioza się pogarsza.
Moja rada: nie bać się zmienić lekarza. Jeśli nie ma poprawy czy się pogarsza i lekarz/rehabilitant nie próbuje zmienić metody/ćwiczeń, nie ma na co czekać!

*Ponownie odsyłam do już zamieszczonego na blogu TED’a: Jacek Walkiewicz – Pełna moc możliwości 

Dodaj komentarz